Do tej pory Słowacja była dla mnie krajem przelotowym. To przez kraj naszych południowych sąsiadów jechałem pędząc do Rumunii w 2016 i w 2017 na Bałkany. Tamtejsze drogi nie były mi też obce podczas weekendowych dynamicznych wypadów. Wtedy celem nie była Słowacja sama w sobie, a raczej Bieszczady, w które dojeżdżałem od słowackiej strony.
Pod koniec czerwca zmieniłem jej status z kraju tranzytowego na bardziej pełny i można rzec dojrzały cel wyjazdów motocyklowych. Stwierdzam wtedy, że krótka motocyklowa wizyta na Słowacji to bardzo dobry pomysł na spędzenie weekendu.
Czuję się trochę jak pies spuszczony z łańcucha ruszając w kierunku granicy w piątkowe popołudnie. Nie przeszkadza mi ani odległość do pokonania, ani zwiększony weekendowy ruch na drogach. Przelatuję przez Śląsk żeby po 18 przekroczyć granicę polsko-słowacką w Zwardoniu.
Dalej, bazując na propozycjach MotoVoyager’a kieruję się przez Oszczadnicę na drogę 520A – trasa biegnąca przez Górną Orawę jest doskonałym intrem do mojej weekendowej włóczęgi. Zaliczam pierwsze winkle i drogi ułożone łagodnie na górskich zboczach. To jest ten moment kiedy zauważam, że natura zaczyna wyraźnie zaznaczać górski charakter szosy, którą jadę.
W okolicy Namiestowa, mając po lewej stronie Jezioro Orwaskie, zaczynam rozglądać się za noclegiem. Ostatecznie znajduję przystępną cenowo opcje w Niżnej koło Twardoszyna. Zajazd jest już zamknięty (nie dojeżdżam wcale późno bo koło 20.30), ale przez telefon gospodarz deklaruje że w 10min będzie i wyda klucze do pokoju. Jak obiecał, tak zrobił. Nawet więcej, bo widząc zmęczonego trudem podróży motonitę otwiera knajpę, nalewa dwa piwa i przynosi do pokoju. Za nocleg, piwa i śniadanie płacę 26 euro.
Dookoła Tatr, ale tylko przez chwilę…
W sobotę po śniadaniu lekko rozleniwiony ruszam w kierunku Tatr. Droga 537, przez lokalnych zwana Magistralą, to jedna z tych tras u naszych sąsiadów, która owiana jest motocyklową legendą. Wielu mi ją polecało, sam też kilkukrotnie nią jeździłem w poprzednich latach. Dlatego też niekoniecznie po raz n-ty chcę powtarzać trasę, którą bądź co bądź znam. Decyduję, że dojadę jedynie na przystanek do Szczyrbskiego Jeziora, a potem zobaczymy – coś się wymyśli. Nad samym jeziorem spędzam dosłownie kilkanaście minut. To dość popularne miejsce na weekendowe wycieczki i choć po stronie słowackiej turystów jest zdecydowanie mniej niż u nas, to jednak to co widzę przypomina nasze zatłoczone szlaki.
Zostawiam tym samym za sobą Magistralę i zjeżdżam na południe, chwilowo na 538, a potem na 3061. Ta decyzja to strzał w dziesiątkę. Mam praktycznie pustą drogę, dobry asfalt i genialne widoki na Wysokie Tatry. Do tego malownicze pola tuż po sianokosach… każdemu życzę jazdy w tak ekscytujących i łechczących oczy plenerach! Na wysokości Liptovskiej Teplicy z 3061 przerzucam się na 3074 – feria zachwytów nie ustaje. Banan na gębie ukrytej pod kaskiem coraz mocniej rozpycha wypełnienie skorupy.
Wjeżdżając na drogi 66 i 67 zakładam w głowie, że nastąpi rozczarowanie – krajówka oznacza większy ruch i z reguły mniej atrakcyjną wizualnie trasę. Nie w tym przypadku, bo jadąc przez Dobsinsky Kopec spod opuszczonej blendy wydobywa się kilka soczystych „Ja jebie, ale widok i trasa”. Zresztą zobaczcie na poniższe foto (najlepiej w powiększeniu):
To oczywiście tylko kawałek trasy. Stała się ona w tym momencie jednym z moich żelaznych punktów na motocyklowej mapie Słowacji.
Rozkoszne winkle…
… tylko tak mogę określić to co zastałem wjeżdżając w Gemerskiej Polomie na drogę numerowaną liczbą 533. Nie jest to szybka trasa – ilość zakrętów do pokonania wymusza mniej dynamiczną jazdę. Możesz za to spokojnie podziwiać krajobraz. W upalne dni cenię sobie drogi, które są zalesione, bo choć nie jeździ się nimi łatwo, to dają chwilę wytchnienia od słonecznego żaru. Dokładnie tak jest z opisywanym odcinkiem. Poza tym znajduję w niej sporo podobieństw do węgierskiej trasy z Eger do Miszkolc przez Góry Bukowe. Kilkadziesiąt kilometrów frajdy zaburza ostatni fragment – od drogi 535 do Nowej Spiskiej Wsi asfalt już od dawna wymaga wymiany.
Bocznymi drogami dojeżdżam pod Spisky Hrad – trzy kilometry przed zamkiem, w zupełnej głuszy zatrzymuje mnie patrol policji. Serce zaczyna bić szybciej, bo legendy narosłe wokół wysokości mandatów i nieustępliwości słowackich funkcjonariuszy nie biorą się przecież znikąd. Tylko zaraz zaraz… przecież jadę od dłuższego czasu trybem geriatrycznym. Choć przyznam, że nie zerkałem na prędkościomierz (podziwiam w końcu okolice), to odczuwana prędkość jest „w normie”. Jestem spokojniejszy w chwili gdy dostrzegam, że Panowie nie mają nawet suszarki. To tylko rutynowa kontrola – dokumenciki, gadka gdzie i skąd jadę, a po kilku minutach puszczają mnie wolno.
Jak zamki i tym podobne zazwyczaj omijam podczas moich wojaży, ewentualnie przyglądając się im jedynie z zewnątrz, tak Zamek Spiski wyłączę z pod tej reguły. Tyle, że nie tym razem, bo jest tak cholernie gorąco, że mimo chęci nie decyduję się na łażenie w motocyklowych portach po ruinach. Znajdę czas żeby tu wrócić, bo budowla imponuje swoim rozmiarem, a do tego jest ogromnie fotogeniczna.
Przez kraj koszycki w kierunku Ojczyzny…
Kilka fotek pod zamkiem, potem jakaś godzina jazdy, obiad w Pytliakovej Krcmie i ocena jak dużo jeszcze motocyklowych kilometrów mogę zrobić u Słowaków. Wszystkie kalkulacje pokazują, że nie dużo. Dlatego z karczmy zawracam w kierunku północy. Dojeżdżam po 21 do Muszyny, gdzie zarezerwowałem nocleg w Willi Trela. Jak się okazuje właściciel też jest motocyklistą, więc mamy okazję wymienić kilka spostrzeżeń o słowackich trasach.
Przewalająca się przez Polskę fala upałów skutecznie przekonuje mnie żeby zjeść śniadanie zaraz po otwarciu kuchni. Obfity posiłek, pakowanie i start. Musze być w domu najpóźniej do 18tej, ale nie chcę traktować drogi powrotnej jako czysty tranzyt. Wybieram więc trasę wzdłuż Popradu w kierunku Nowego Sącza. Przed Sączem odbijam na Wolę Krogulecką. Platforma widokowa, która znajduje się w niej to od teraz obowiązkowy punkt postojowy w trakcie wizyt na Sądecczyźnie. Krajobraz Gorców, rozległego Beskidu Sądeckiego i kilku innych pasm, a do tego leniwie płynący w dole Poprad, to kombinacja, która pozwala na chwilę odpoczynku dla ducha i ciała.
Spod platformy ruszam naładowany pozytywną energią. Robi się coraz cieplej, ale nie odpuszczę ostatniego już punktu jaki chcę w czasie tego krótkiego wypadu zobaczyć.
Wieś jak malowana
Zalipie to miejsce na mapie Polski, w którym nikt nie odwala lipy malując domy. Jeśli szukasz ciekawego miejsca na przerwę w trakcie motocyklowej podróży zajrzyj w okolice Tarnowa. Znajdziesz tu gospodarstwa domowe, elementy małej architektury ogrodowej, kapliczki itp. wszystkie ręcznie malowane w tradycyjny sposób. Urzeka mnie ten folklor i choć domów trzeba trochę poszukać, bo nie są skupione w jednym miejscu to z pewnością warto tu przyjechać. Należy jedynie pamiętać, że malowana wieś to nie skansen. Tutejsze gospodarstwa nie prowadzą działalności komercyjnej. Poszanuj więc prywatność mieszkańców i nie wchodź bez pozwolenia na tereny prywatne. O samej historii i technice malowania można dowiedzieć się zaglądając do Domu Malarek lub do Zagrody Felicji Curyłowej.
Czas szybko płynie w trakcie gdy strzelam kolejne zdjęcia Zalipia. Do domu kilka dobrych godzin jazdy, a czas goni. Dosiadam więc Hankę i kieruję w stronę Kielc, skąd dalej ekspresową S7 dojeżdżam do domu. Plan zakładał powrót do 18-tej. Udaje się co do minuty, chociaż powrót nie należy do łatwych. Upał jest nieznośny. Nawet pęd powietrza nie daje ulgi. Niemniej, taki trip, czyli ponad 1400 km niewiele ponad dwa dni to coś czego mi potrzeba. Zdecydowanie potwierdza on moje zdanie, że choćby na weekend, ale warto odwiedzić Słowację. I to niezależnie skąd startujesz.



