Z całą pewnością mogę stwierdzić, że od tego wyjazdu wszystko się zaczęło – połknąłem w jego trakcie bakcyla motopodróży. Rumunia to moja pierwsza daleka wyprawa. Moja pierwsza zagraniczna motocyklowa podróż. Moja pierwsza solowa wycieczka tak daleko i na tak długo.

Początek wyjazdu to typowy tranzyt przez Polskę: trasa Warszawa – Kielce – Krosno. Nic szczególnego, kilometry które po prostu trzeba machnąć.

Ranek dnia drugiego – ostatnie tankowanie polskiego paliwa i przekraczam granicę w Barwinku.  
Trasa przez Słowację i Węgry całkiem przebiega sprawnie. Przekraczam granicę SK-HU w okolicach Slovenské Nové Mesto. Słowacka część to głównie drogi krajowe, za to na Węgrzech decyduję się na drogi lokalne – byle jak najkrócej do granicy z Rumunią.  Kieruję się na węgierskie miasteczko Kisvarda, potem na Mateszalkę, aby po czasie, który nie wiadomo dlaczego niesamowicie mi się dłuży dotrzeć do granicy z rumuńskim Satu Mare. Chwila na kontrolę dokumentów i o 15 jestem na terytorium Rumunii! 


Robię pamiątkowe zdjęcie na granicy i ruszam z pomocą nawigacją w stronę pierwszej atrakcji mojego wyjazdu: Sapanta i Wesoły Cmentarz – bardzo ciekawe, pełne folkloru miejsca. Czuć tu ducha tradycji. Cały region, zwany Maramuresz, mocno kultywuje ludowe tradycje. Pełno tu kolorowych kwiecistych motywów zauważalnych na tradycyjnych strojach, na ulicach i w starodawnym wystroju wnętrz.  
Sam cmentarz, choć dość mały, to punkt, który warto zobaczyć będąc na północy Rumunii. Daje on moim zdaniem nietypowe spojrzenie na temat śmierci (widać to na barwnych, często satyrycznych nagrobkach).  
Kilka spotkanych w trakcie wizyty na cmentarzu grup motocyklistów z Polski, potwierdza, że jest to obowiązkowy punkt wycieczek. 

Nocleg z widokiem na… 

Nocuję w Pensiunea Ileana – pensjonat położony vis-a-vis Wesołego Cmentarza. Prowadzą go bardzo fajni gospodarze. Ludzie uczynni i otwarci. Pokoje są czyste i wygodne. Wieczorem dostaję zaproszenie na „welcome drink”. Częstują niewielkim dzbankiem palinki – syn gospodyni z uśmiechem potwierdza, że trunek do słabych nie należy i ma aż 56% :) Na miejscu można też zjeść, a ma to duże znaczenie, bo lokali w okolicy jak na lekarstwo. Pod nosem za to mamy smacznie, domowo i tradycyjnie. 

To co uderza po wjechaniu do Rumunii to swojskość – drewniane wozy konne są częstym widokiem nie tylko na północy Rumunii (spotkałem je nawet w Bukareszcie). Wioski i miasteczka wyglądają jakby czas zatrzymał się tu 30 lat temu. Jest sporo kontrastów w tym kraju, ale cała Rumunia na dominującą wspólną cechę: swojskość i życzliwość spotkasz na każdym kroku.  
Rumunia jest też trochę nieprzewidywalna na początku… nie do końca mam na myśli kierowców, którzy na górskich krętych drogach wyprzedzają na czołówkę, ścinają zakręty i jadą jakby byli sami na drodze. Do tego można przywyknąć biorąc większy margines bezpieczeństwa.  
Przez cały wyjazd nie przywykłem natomiast do sytuacji, które spotkały mnie kilka razy w różnych częściach kraju: jedziesz w pięknym słoneczku, przerzucasz motocykl z lewego zakrętu w prawy, po czym widzisz fajny ciasny jednak ślepy winkiel… wchodzisz w niego w rozsądnym marginesem bezpieczeństwa, ale zaskakuje Cię stojąco beztrosko na środku drogi krowa! No żesz… pierwsze razy były sporym przeżyciem, potem uczę się, że krowy mogą być wszędzie i za każdym zakrętem. Spotykam też konie, osły, owce, a nawet świnie… wszystkie bezceremonialnie paradują środkiem drogi, czy to wysoko w górach, czy po prostu na drodze przelotowej.  
Wiąże się w tym jeszcze jedna uwaga przydatna dla motocyklistów… trzeba uważać na odchody zalegające na drodze… tak wygląda Rumuńska swojskość moi Drodzy :) 

Trzeci dzień wyjazdu zaczynam od wizyty w Sapanta-Peri. Znajdziecie tam najwyższy na świecie drewniany kościół.  Następnie jadę do monastyru Barsana – żeński monastyr założony w latach 90-tych zaprojektowany w tradycyjny dla tego typu budowli sposób. Ukwiecone, kolorowe alejki, oraz mała liczba odwiedzających dają mi spokojną godzinę spaceru po obiekcie i jego okolicy. 

Monastyry, Maramuresz i dziury…

Dalej drogą nr 186 ruszam do Moisei. Tu mała uwaga – jeśli nie masz GS’a/KTM’a/Afryki Twin, albo innego tego typu motocykla, nie polecam tej drogi. Męczę się niesamowicie, zwalniam poniżej 30km/h żeby przez kilkanaście kilometrów lawirować między dziurami i nierównościami asfaltu.  Cieszę się bardzo, gdy wjeżdżam na DN1B :)
W Pojoricie zostawiam bagaż na kwaterze i ruszam na popołudniowo-wieczorny objazd okolic. W niedalekiej odległości od kwatery mieści się Voronet – kolejny monastyr w regionie. Wpisana na listę UNESCO obronna cerkiew z XV w. ozdobiona zewnętrznymi malowidłami chętnie pozwala się fotografować w popołudniowym świetle, więc spędzam tam kilka dłuższych chwil.

Jadę dalej przez Kaczykę (wieś o polskich korzeniach, gdzie w XVII w. sprowadzeni zostali górnicy z Bochni do powstającej tu kopalni soli) i Sucevitę żeby dostać się do ostatniego tego dnia punktu programu, monastyru Moldovita, który w zachodzącym słońcu daje ciekawe efekty na zdjęciach. Po powrocie na kwaterę, mimo sporej bariery językowej gospodarze potwierdzają, że dotychczas zobaczone miejsca to jedne z ciekawszych w regionie i zachęcają do przejechania przez drogę, która już na etapie planowania była dla mnie interesująca.

Dlatego po przespanej komfortowo nocy, entuzjastycznie nastawiony ruszam bez śniadania – przejadę pasmem górskim z Pojority do Chiril, czyli tzw. Trans Rarau. Pierwszy posiłek chcę zjeść w ciekawych okolicznościach przyrody!  

Nie zawodzi mnie ta trasa… oznaczona numerem 175B droga w pełni zrekompensowała mi trudy słabej nawierzchni z dnia poprzedniego. Nowiutki asfalt, wąskie, ale nie ślepe winkle przechodzą z lewej na prawą… to coś co uwielbiam i czego mam teraz pod dostatkiem. Śniadanie jem na szczycie przełęczy pod Rarau (1650m n.p.m.). Nie mogę nacieszyć się widokiem masywu i wysokogórskich połonin. Szkoda ruszać dalej, jednak chcę jeszcze dzisiaj zobaczyć więcej ciekawostek przyrodniczych. 

Rarau, Bicaz i rumuńskie specjały gorzelnicze… 

Wąska leśna droga sprowadza mnie do głównej DN17B, skąd DN15 dojeżdżam do jeziora Bicaz (Lacul Bicaz). Szosa meandruje tuż przy linii jeziora, dając jednocześnie frajdę z z jazdy i widoków. Trafiam na piękną, słoneczną pogodę i w zasadzie co chwila czuję potrzebę postoju na robienie zdjęć – widoki nie mogą mnie nacieszyć. Staram się w trakcie przejazdu znaleźć miejsce gdzie zjem drugie śniadanie. Kompletne pustki gastrnomiczne, nic sensownego. Mijam więc jezioro i kieruję się na południe w stronę Wąwozu Bicaz. 

Sam wąwóz to cel wielu motocyklistów odwiedzających Rumunię i choć nie jest zbyt długi (ma ok. 8km) to podróż drogą wciśniętą między ogromne wznoszące się wysoko skały funduje całkiem fajny efekt. Wjeżdżam do tej skalnej rynny, staję na poboczu i szykuję się do robienia pierwszych zdjęć. Słyszę gdzieś z tyłu głośne „Cześć!”… pozdrawia mnie motocyklista z Polski dosiadający Kawasaki Versys1000 oklejone napisami „jazda testowa”. Widać, że jedzie z kolegą na nie-polskich numerach. Mijam ich się kilkukrotnie, machamy do siebie z życzliwym pozdrowieniem, ale nie znajdujemy wspólnego miejsca na przystanek i pogawędkę. Jak się po czasie okazało, spotykam Rafała z MotoVoyager’a. Nie powiem, miło jest spotkać w podróży autora artykułów, które czytam czerpiąc inspirację do wyjazdów. 

Wąwóz na tyle mi się podoba, że decyduję się zrobić drugą rundę. Zanim to zrobię staję na posiłek. Wybieram tradycyjną rumuńską zupę: Ciorba de Burta. To coś na kształt naszych flaków. Flaki lubię, ale rumuńska wersja nie przypada mi do gustu – za tłuste, a sama zupa dość mdła. Może po prostu jem w słabej knajpie. Zrażam się na tyle mocno, że już do końca wyjazdu nie jem decyduję się na tę zupę. 

Nawet tak słaby posiłek, dobrze się przysłużył, bo mam tłusty podkład w żołądku. A to istotne, bo gdy po powtórnej rundzie wąwozem dojeżdżam na miejsce zarezerwowanego dzień wcześniej noclegu czeka mnie tam nie lada przywitanie. Mój gospodarz słysząc, że jestem z Polski rozpromienia się i od razu mówi: „Polak – Węgier (Rumun?!), dwa bratanki”. Wyjaśnia mi po chwili, że ok. 85% mieszkańców tego regionu ma korzenie węgierskie (Transylwania leżała kiedyś na terenie Austro-Węgier). Wyobraźcie sobie, że nie mam czasu zdjąć kasku, ani przebrać się w normalne ciuchy, nie wspominając o rozpakowaniu kufra. Simon (mój gospodarz) zaciąga za rękę do jadalni, sadza przy stole. Stawia na blacie palinkę, nalewkę, wino i łamanym angielskim zachęca do skosztowania „welcome drink”! Wybieram nalewkę, jest w końcu trochę po 16tej. Czuję, że na jednym kieliszku się to popołudnie nie skończy. Na wieczór zamawiam kolację – jedzonko na kwaterze to bardzo fajna opcja, szczególnie gdy wypiłeś kilka powitalnych drinków i nie możesz jechać 🙂

Kolacja rzecz jasna składa się z dwóch dań: jest rosół i sarmale (rumuńskie gołąbki). Do tego nalewka i palinka – według uznania. Tak ogromnych porcji nie jadłem już dawno – ledwo mogę wstać od stołu. Simon w międzyczasie stwierdza, że do domu zawiezie go brat, więc on może ze mną zrobić kilka kolejek palinki 🙂 Tłumaczy, że to dobrze robi na trawienie. Nie wypada się nie zgodzić! Spora bariera językowa nie przeszkadzała nam w dłuższej dyskusji.

Narodziny Drakuli…

Ten nocleg wspominam jako jeden z najmilszych w trakcie wyjazdu. Rano czeka na mnie równie obfite śniadanie, jakiś prowiant na drogę i życzliwe pożegnanie ze strony Simona.  Żegnam wyjaśniając, że dziś udam się do Sighisoary i Sybiu, a potem dalej w kierunku Transfogaraskiej.  

Wspomniana Sigishoara to miastonarodzin Vlad’a Tepes’a (postaci znanej też jako Vlad Palownik, pierwowzoru księcia Drakuli). Samo miasto jest bardzo urokliwym zespołem miejskiej zabudowy średniowiecznej. Trzeba dodać, że jednym z najlepiej zachowanych w Europie. Warto wejść na wieżę zegarową i zobaczyć panoramę. Znajduję nawet na tabliczki z kierunkiem i odległością do polskich miast – okazuje się, że nie jest wcale tak daleko do polskiej ziemi! 
Z Sighisoary jadę do Sybina, jednego z najważniejszych miast krainy Siedmiogrodu. Na starym mieście trwa jarmark średniowieczny, więc mam okazję zobaczyć kilka ciekawych pokazów walk, łucznictwa i rzemiosła z dawnych lat. 
Sybin opuszczam po południu – kieruję się w stronę Fogaraszy. To pasmo górskie, które jest inspiracją do tej wyprawy. A to za sprawą drogi, która przez nie prowadzi, czyli trasy Transfogaraskiej (widzialem kiedyś odcinek TopGear, w którym Clarkson wychwala piękno tej trasy). Zbudowana przez wojsko na polecenie Ceausescu, miała służyć do szybkiego przeprowadzenia wojsk na wypadek agresji ZSRR. Droga powstała za pomocą ton dynamitu i okupiona jest życiem kilkudziesięciu pracujących przy jej budowie żołnierzy. Jest to druga, po Transalpinie, najwyższa trasa górska Rumunii (2034 m n.p.m.). 

Nigdy tego nie powtórzę…

Popełniam taktyczny błąd – ignoruję mimo kilku wcześniejszych porad sugestię, żeby nie jechać trasą w weekend. Jest niedziela po południu, a ruch na głównych drogach spory, a ja mimo to pcham się na Transfogarską. Początek nie jest taki zły. Jasne, jest tłoczno, ale daje się jechać i nawet wyprzedzać wolniejsze auta. Gdy droga zaczyna piąć się serpentynami w górę, nie przejeżdżam dwóch kilometrów. Staję w korku, ale tylko na chwilę, bo motocykle nie stoją przecież w korkach :)  

Przeciskam się między autami stojącymi w kolejce na szczyt. Czuję przy tym narastającą frustrację i mam zero przyjemności, walka na centymetry gdy trafi się camper, albo jakiś pojazd ustawiony bliżej osi jezdni. Pomimo tych negatywnych odczuć docieram w końcu na szczyt… i od razu zawracam z mocnym postanowieniem powrotu następnego dnia. Nocleg mam tego dnia zarezerwowany blisko wjazdu na DN7C dlatego po wieczornym piwku i fajnie przespanej nocy ruszam z samego rana na już znany mi odcinek.  
Jest przed ósmą rano, a ja nie przesadzę, jeśli powiem, że jestem sam na trasie. Trafiają się co prawda jakieś pojedyncze pojazdy, ale nie częściej niż raz na kilkanaście minut – taka jazda jest zdecydowanie bardziej przyjemna. Na szczycie przy jeziorze Balea pustki – bez pośpiechu robię zdjęcia, spaceruję na śniadanie i kawę w prawie pustej restauracji – generalnie mam luz i spokój. Dopiero przed 10tą zaczyna gęstnieć od turystów, ale nadal jest to znośna jak na moje granice liczba.  

Południowa część trasy jest mniej spektakularna, jednak wcale nie mniej atrakcyjna. Po tej stronie jest kilka atrakcji – m.in. Ruiny zamku Poenari (Vlada Palownika), do których prowadzi niespełna 1500 schodków – traktuję je jako ciekawy trening cardio w trakcie wyjazdu i dziarsko wbiegam na szczyt. Na końcu trasy mijam tamę na rzece Ardżesz i jezioro Vidraru. Kilkanaście kilometrów za tamą zatrzymuję się i spontanicznie decyduję: wracam przejechać Transfogaraską jeszcze kilka razy. Odcinek w jednym kierunku to ok. 80km – robię 4 takie odcinki. Po drodze tankuję Hondę z satysfakcją, że udało mi się spalić na Transfogaraskiej cały bak paliwa. Dodatkowo cieszy też fakt domknięcia tylnej opony. Jestem przekonany, że stało się to na na północnych serpentynach!

Wieczorem instaluję się niedaleko Curtea de Arges. Gospodyni nie może się nadziwić, że podróżuję sam. Nie dowierza i ciągle pyta „Jak to? Tak bez towarzystwa? Dlaczego tak?” Nawet rano nie odpuszcza i zadaje w kółko te same pytania. Uspokajam ją odpowiedzią, że dzięki podróży w pojedynkę mam okazję poznać tak miłych, troskliwych i gościnnych Rumunów jak ona. 

Zamek Bran – nic specjalnego, Zamek Peles – ochy i achy!  

Siódmego dnia jadę od podnóża trasy Transfogaraskiej do zamku Bran. Droga dłuży się niemiłosiernie z powodu kiepskiej nawierzchni. Tak na dobrą sprawę dopiero w połowie dnia docieram na miejsce. Czytałem wcześniej opinie na temat zwiedzania zamku i postanawiam (wbrew temu co zalecali na różnych forach i w relacjach) zwiedzić wnętrza. Choćby po to żeby wyrobić sobie zdanie. Zdanie wyrobiłem – nie polecam. Dość krótka wycieczka i mało interesująca. No chyba, że ktoś ma nadmiar czasu i jest akurat w okolicy. Lepiej, moim zdaniem, pojechać do Braszowa (który zresztą ominąłem, czego żałuję – zostanie w planach na kolejne rumuńskie wypady). 

Z zamku Bran żwawo dojeżdżam do Sinai – jest niedziela, a ja nie pamiętam do której dzisiaj wpuszczają wycieczki do Pałacu Peleş. Można go zwiedzać tylko w wybrane dni tygodnia, więc warto sprawdzić wcześniej termin i godziny żeby nie było niespodzianki. Mi się szczęśliwie udaje wejść razem z jedną z ostatnich grup anglojęzycznych. Drugą przydatną informacją jest to, że jeśli chcesz robić zdjęcia w środku, należy wykupić dodatkowy bilet „fotograficzny”. Niestety nie mam takiej przepustki, jednak w grupie zwiedzających jest dwóch studentów z Gdańska, którzy zadeklarowali, że podeślą mi kilka zdjęć jak wrócą do Polski. Bardzo to miłe z ich strony. Nie jestem fanem turystyki zamkowej, ale ten jest imponujący – polecam wybrać opcję zwiedzania w wersji rozszerzonej. Wycieczka po królewskiej, letniej rezydencji trwa niespełna dwie godziny, kosztuje 50 lei, a w jej trakcie możesz zobaczyć parter i piętro pałacu.

Żegnam się z gdańskimi towarzyszami zwiedzania i ruszam do Bukaresztu. Docieram na Piața Romană nie bez trudu. Korki na ulicach są spore i zanim znajduję miejsce noclegu męczę się dobrą godzinę przeciskając między autami. Wieczór spędzam jeżdżąc bez większego celu ulicami letniego Bukaresztu. Pozwalam sobie na  zgubienie się w tym mieście. Zahaczam przy okazji o najbardziej charakterystyczne miejsca, na czele z drugim największym na świecie (zaraz po Pentagonie) budynkiem: Palatul Parlamentului to dziś siedziba Parlamentu, ale w poprzednim ustroju znany był jako Dom Ludu.  

Motocykliści Bukaresztu – Szacunek! 

Bukareszt to bez dwóch zdań miasto wielu kontrastów – z jednej strony budynki i bloki z czasów komunistycznych, porozrzucane bez ładu i składu. Z drugiej zaś nowoczesne restauracje, lokale i biurowce zupełnie jak w każdym europejskim dużym mieście. Ten chaos na początku przeraża, trochę odstrasza i zniechęca, potem znajduje się w nim nietuzinkowość. Do wizyty w Bukareszcie zachęciła mnie lektura książki „Bukareszt. Kurz i krew”. Dlatego poznając klimat miasta czuję niedosyt. Zbyt krótko jestem tutaj, więc zakładam, że kiedyś jeszcze wrócę. Miasto to jest po prostu inne i wyzwala silne choć mieszane odczucia. Ta mieszanka sprawia, że chce się poznawać je lepiej. Polecam odwiedzić i przekonać się samemu.  


Rano Bukareszt pokazał swoją słabą stronę… korki, korki, korki… ciągłe trąbienie, zajeżdżanie drogi i inne atrakcje (nawet wyrabiam sobie teorię, że oni tak intensywnie trąbią, żeby dobudzić się wzajemnie :)). Motocykl uzbrojony w kufry z obcokrajowcem za kierownicą nie jest naturalnym elementem tej drogowej gehenny. Przez pierwsze 20 minut walczę o życie. A potem? Potem zaczynam jeździć jak lokalni – trąbię, żywo gestykuluję itd. Przeżyłem dzięki temu jedne z najmocniejszych doświadczeń motocyklowych, choć do dziś nie wiem czy negatywne czy pozytywne – zbieram w końcu sporo doświadczenia, ale tracę też sporo nerwów. Bukaresztańscy motocykliści nie mają łatwo – szacunek dla nich! 

Róbta co chceta nad Morzem Czarnym…

Rogatki stolicy mijam w Konstancy – zamierzam dojechac motocyklem nad Morze Czarne! Konkretnie to do Vama Veche. Położona tuż przy rumuńsko-bułgarskiej granicy miejscowość zupełnie inna od nadmorskich kurortów. Panuje tu klimat jak na naszym Przystanku Woodstock, tyle że przez cały sezon. W lokalach gra rockowo-bluesowa muzyka, są koncerty, pełen luz i „róbta co chceta”! Czuć klimat luzu, chilloutu i wolności. Widać go też na plaży gdzie tekstylni wymieszani są z nudystami – i nikt nikomu nie przeszkadza.

Spędzam w V.V. trzy dni. Dopiero w piątek miasteczko się ożywia (pewnie dlatego, że już po sezonie), ale te dwa spokojne dni na niemal pustych plażach to dla mnie wspaniały odpoczynek. W piątek wieczorem przybywa za to autostopowiczów z dużymi plecakami, motocyklistów na swoich głośnych maszynach, w lokalach zaczynają grać na żywo kapele – generalnie widać, że ci wszyscy ludzie są tu żeby czerpać z ostatnich dni lata :) 

W sobotę rano budzę się z tęsknotą za Hondą – nie ruszam jej w końcu cały ten czas jaki spędzam w Vama Veche. Jedziemy więc do Konstancy zobaczyć stare portowe kasyno. Stamtąd wracam tranzytem ku centralnej części Rumunii – czas znowu zaszyć się w górach, dość leżenia plackiem na plaży. Dojeżdżam tego dnia do Horezu, skąd mam doskonały punkt wypadowy na Transalpinę.  

Wieczorem wychodzę na obiadokolację w miejscowym zajeździe. Obsługa zupełnie nie rozumie po angielsku, więc dukam po rumuńsku pokazując w menu co chcę zjeść. Dostaję co chciałem, więc chyba nie było tak źle. Jem przy okazji najsmaczniejszą zupę wyjazdu: Ciorba de vacuta. Wcześniej już jej próbowałem i bardzo mi smakowała – tutejsza przebija wszystkie dotychczasowe. Dla tych, którzy nie odważą się na Ciorba de burta, wspomniana wyżej zupa będzie smaczną alternatywą. Na drugie danie mititei z domowymi frytkami – jak pysznie!

Diabelska Ścieżka…

Najedzony wracam na kwaterę, gdzie z widokiem na karpackie pagórki szykuję graty na kolejny dzień, nie mogąc doczekać się przejazdu najwyżej położoną rumuńską trasą.  

Coraz wyraźniej czuję, że wyjazd zbliża się ku końcowi. W końcu jadę ostro na północ, a przede mną jeden z ostatnich punktów wyjazdu: Transalpina. Ekscytacja, że zobaczę Karpaty narasta wraz ze zbliżaniem się do DN67C – połoniny, bezkresne przestrzenie, łąki, góry. To mnie tam czeka!  

Jem śniadanie w przydrożnej knajpie. Jestem tylko ja, omlet w warzywami, widok na góry, a w niedalekiej perspektywie podjazd na szczyt trasy. Uwielbiam góry i to takie góry… majestatyczne, wygładzone erozją i biegiem czasu. Góry po horyzont! Piękne połoniny! Tak w skrócie wygląda cała Transalpina. Mogę i chcę zatrzymywać się co chwila na robienie zdjęć. Na szczycie podobnie jak na Transfogaraskiej, stragany, kramy – mydło i powidło. Dalej za miasteczkiem Ranca Transaplina wraca do swojego dzikiego charakteru. Łagodne zakręty, przechodzą z lewej na prawą. Serpentyny prowadzą na ponad 2000m n.p.m. Czuję się trochę jak w Bieszczadach – z tą różnicą, że jestem motocyklem na szczycie połoniny, a wszystko dookoła wygląda jak Bieszczady w trzykrotnym powiększeniu! Ogrom przestrzeni! Jest czym oddychać!  

Nie starczy mi czasu żeby przejechać ją ponownie (tak jak Transfogaraską). Mam tego dnia kolejny punkt w planie, więc z mocnym postanowieniem powrotu na Transalpinę dojeżdżam do Kluż-Napoka. Tam w Panoramic Cetatuie czeka zarezerwowany nocleg na ostatnią w rumuńską noc. Polecam to miejsce, nie tylko z powodu bliskości do centrum, ale również wspaniałego widoku na miasto.  

Enigma… 

Wieczór mija mi w Cafe Enigma – jest to lokal w klimacie steampunk. Trzeba przyznać, że wystrój dopracowany jest w każdym detalu. Podziwiając pomysłowość i oryginalność tego miejsca obmyślam plan na kolejny dzień – została mi w końcu ostatnia atrakcja do zobaczenia: Salina Turda. 

Dojazd z Kluż-Napoki do kopali soli w Turdzie zajmuje autostradą około 30 minut. Na dół zjedziesz windą, ale możesz zejść też schodami. Kolejka do windy powoduje, że wybieram schody – ruch na rozbudzenie to dobry pomysł. Sama kopalnia obfita jest w atrakcje: jest tu diabelski młyn, tor do kręgli, stoły do ping-ponga, mała salka koncertowa. Generalnie całkiem ciekawie zagospodarowane miejsc, a będąc tu np. z dziećmi jest co robić. Motocyklowe pary na pewno docenią możliwość romantycznego pływania łódką po kopalnianym jeziorze :) Kupuję kilka pamiątek i po dokładnym obejrzeniu wszystkiego wspinam się schodami na górę.  

Jest przed trzynastą – pora startować w kierunku Węgier, a dalej w stronę Słowacji i Polski. 
Do tej pory nie miałem zbytnich powodów do narzekań na pogodę. Los postanowił jednak sprezentować mi pełny komplet wrażeń. Tuż przed granicą rumuńsko-węgierską zaczyna padać – równa mżawka, momentami przechodzi w silniejszy opad. Wskakuję raz dwa w przeciwdeszczówkę i tak od mniej więcej od 15tej do 22giej jadę non stop w deszczu. Nie zatem mam z drogi powrotnej żadnego zdjęcia… żadnego! Deszcz leje tak, że odechciewa się wszystkiego, no może oprócz powrotu do domu. Tuż przed 22gą wjeżdżam do Krosna, gdzie zmęczony, przemoczony wchodzę do środka hotelu. Ocieka ze mnie woda i drogowy syf. Pani sprzątająca akurat zmywa podłogę, patrzy na mnie nieprzychylnym wzrokiem, ale mimo że dołożyłem jej pracy potwierdza, że mają wolny pokój. HURA! Żeby nie robić jeszcze większego bałaganu odbieram klucz i biegnę do pokoju, gdzie doprowadzam się do kultury. Na kolację tego dnia restauracja serwuje jedynie szklaneczkę whisky – tak blisko domu, że już powoli mogę celebrować udany wypad.  

Całe szczęście powrót do domu mam już bez opadów. Słoneczko i pęd wiatru szybko suszy mokre rękawice.

  
To fantastyczne uczucie, gdy najpierw Cię nosi, a potem z przyjemnością wracasz do domu. Tak samo mam i tym razem. To właśnie połączenie domatorstwa i włóczykijstwa bardzo w sobie lubię. 
Mam same dobre wspomnienia z tego wyjazdu… i z pewnością wrócę do Rumunii.

Podsumowanie Rumunii:

Termin wyjazdu: 24.08 – 06.09.2016 

Dystans: 4584km 
Koszt paliwa: 1100zł 
Koszt noclegów 1170zł  
(średnio nocleg wyszedł 90 za noc za pokój z łazienką + często śniadania w cenie) 
Pozostałe koszty: 1300zł  
(jedzenie na mieście, wejściówki, pamiątki, zakupy, inne)

 

Galeria:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *