Jestem ostatnio na fali. Na fali włóczęgostwa. Fala w ostatni weekend przybrała na sile.
Pierwsza wersja wyjazdu zakłada start po pracy w Beskid Żywiecki – czeka tam na mnie Piotrek, mój kompan w szybkich, dynamicznych i obfitych w kilometry wyjazdach. Planujemy kręcenie po okolicy, a potem powrót do domów.
Ten plan wziął w łeb. Zawalony robotą nie jestem w stanie wyruszyć w piątkowy wieczór.
Siedząc wkurzony w domu, będąc na łączach z Piotrkiem ustalamy plan gry! Nie poddajemy się i po niespełna dwóch godzinach dyskusji na komunikatorze mamy plan „B”.
Beskid Niski i dalej na wschód…
W sobotę rano ruszam na południe, a Piotrek na swoim świeżo przeglądniętym w Bielsku-Białej GS’ie jedzie słowacką stroną mijając Tatry i zmierza dalej na wschód. Chcemy spotkać się gdzieś w górach… wybieram Beskid Niski i Gorlice, a konkretniej: Dark Pub. Znam to miejsce z wcześniejszych noclegów i posiłków – nigdy się nie zawiodłem, więc bez chwili zastanowienia proponuję żebyśmy to akurat tam się spotkali.
Umawiamy się koło piętnastej… Piotrek błądzi po drodze, więc się spóźni… no cóż, bywa, najważniejsze, że szczęśliwie dojechał :)
Jemy obiad, odpoczywamy chwilę i ruszamy w kierunku przejścia granicznego w Koniecznej. W trakcie obiadu ustalamy, że dojedziemy w Bieszczady – konkretnie do Wetliny, gdzie przenocujemy, a w Bazie Ludzi z Mgły wypijemy zimne piwko na zakończenie dnia:)
Słowackimi lokalnymi drogami docieramy do polskiej granicy. Łatwo nie jest – oznakowanie dróg na Słowacji jest dość słabe i kilka razy musimy posiłkować się mapą sprawdzając dalszy kierunek.
Z kolei po polskiej stronie, jadąc w stronę Komańczy czuję się jak w domu – znam te drogi, więc narzucam dynamiczne tempo i żwawo prowadzę do celu. W końcu jest – Wetlina!… Bieszczady! Za nami 600km w siodle… przed nami piwo w Bazie :)
Numer wyjazdu…
Niedziela wiat nas pochmurnie. Nie porzucamy planu ustalonego poprzedniego wieczoru – chcemy wejść najkrótszym szlakiem do Chatki Puchatka. Wstajemy więc przed ósmą, a kilka minut przed dziewiątą jesteśmy na szczycie Połoniny Wetlińskiej.
Po powrocie na kwaterę sprawnym tempem pakujemy się i ustalamy z gospodarzami szczegóły rozwiązania numeru, który w międzyczasie wywinąłem. Zatrzasnąłem kluczyki od pokoju i drzwi wejściowych w kufrze, a zapasowy komplet mam w domu!
Dziękuję sobie w duchu, że kluczyk od motocykla nie był razem z tymi zatrzaśniętymi. Musiałbym wtedy przełknąć nadwyrężoną dumę i wracać na plecaku z Piterem :)
Spakowany na motocykl Pitera. Startujemy, ale po drodze zahaczamy o drugie śniadanie w Ustrzykach Górnych. Dalej Małą Pętlą Bieszczadzką jedziemy do Soliny żeby Dużą Pętlą w kierunku Ustrzyk Dolnych dotrzeć do Arłamowa gdzie zatrzymujemy się na obiad. Ośrodek robi wrażenie – tereny, które zajmuje hotel i poboczne inwestycje ciągną się po horyzont. Jemy nie w samym hotelu, a w VolfCamp. Jest to jedna z opcji pobytu w ośrodku – przygotowana specjalnie do rekrutów szkół przetrwania. Smacznie i do syta karmią nas tam plackami po bieszczadzku.
Mokry powrót…
Pora wracać. Poleconą przez znajomych drogą, z okolic Arłamowa ruszamy na Nienadową. Potem Biłgoraj, Lublin… i tu czeka nas pogodowa niespodzianka. Cały weekend jedziemy suchą oponą, a w Lublinie ciemne chmury, nadciągająca burza, coraz mocniej padający deszcz zmusza nas do przerwy. Kawa, skok w nieprzemakalne kombinezony i dalej w drogę. Pada, grzmi i nic nie widać. Komfort zwiększa, choć niewiele, to że jedziemy S17. W zasadzie tuż przed końcem ekspresówki deszcz odpuszcza. Możemy trzymać zatem równe tempo aż do domów.
Przyznam, że wyjazd w Bieszczady na weekend nie zawsze kalkulował mi się czasowo. Po tym wypadzie zmieniam zdanie. Niespełna 1200 km w dwa dni w słońcu i deszczu, wszystko praktycznie na jednym hauście. Interesujące miejsca i piękne widoki Beskidu Niskiego, oraz Bieszczadów. Powrót nieszablonowo, bo przez Roztocze. Zdecydowanie warto jechać na motocyklowy weekend w Bieszczady – o to nie najszybszą trasą.
Galeria:

