Odkąd jeżdżę na motocyklu, korci mnie żeby przejechać się słowiańskimi śladami. Dlatego od stycznia w moim grafiku podróży jest jeden główny cel: Bałkany.


Jest niedziela, budzik dzwoni przed 6, niebo jest bezchmurne, a ja ledwo otwieram oczy. Za mną słabo przespana noc – zdarza mi się to prawie zawsze przed dalszą podróżą.
Drzemka trwa 1,5 godziny co sprawia, że zamiast o 8 ruszam o 9.30. Trochę późno, zakładając że chcę dotrzeć na nocleg aż na Węgry.  
Może ze względu na to spóźnienie, a może dlatego, że jest początek sezonu i to mój pierwszy dalszy trip narzucam sobie szybkie tempo. Do samych Kielc spalam w tym tempie 3/4 baku. 
Tankowanie za Kielcami, a potem Tarnów, Gorlice, żeby przejściem w Koniecznej przekroczyć granicę ze Słowacją. Następnie przez Bardejov, Presov i Koszyce do granicy z Węgrami.  Omijam autostrady i wybieram małe, lokalne przejścia graniczne, po to żeby być bliżej krajobrazy danego regionu. 

Przyznam, że jedzie mi się całkiem przyzwoicie. Robię ponad 600km w 9,5h jazdy z przerwami na tankowanie, jedzenie i odpoczynek. Najzabawniejsze tego dnia jest jednak to, że nocuję w pałacu – konkretnie to w pałacu palinki. Jeździec na białym rumaku zawitał jako jedyny gość na odpoczynek!

„Pałac” jest zamknięty. Dzwonię pod numer kontaktowy, miła Pani deklaruje, że przyjedzie i udostępni pokój. I wiecie co? Nocuję kompletnie sam w pustym pensjonacie, a do tego mam do dyspozycji  strefę wellness. Iście książęce warunki, nie powiem! 

Góry Bukowe z ostrzeżeniem…

Dzień drugi – miejsce akcji Węgry, fabryka Palinki z pensjonatem dla wytrwałych degustatorów. Blisko mam stąd do słynnej na jednym z hondowskich forów drogi: z Miszkolc do Eger przez Park Narodowy Gór Bukowych. Na jakimś losowo wybranym parkingu pod galerią handlową jem śniadanie, a potem uzupełniam braki w wyposażeniu (ręcznik i kabel do telefonu, których z niewyspania zapomniałem pakując się w dniu wyjazdu). Wspomniana przed chwilą droga, bardzo, ale to bardzo przypomina mi trasę stu zakrętów z Kotliny Kłodzkiej. Mnóstwo ciasnych, ślepych winkli, miejscami średnia nawierzchnia i piach. Muszę mieć się na baczności – trzy razy łapię uślizg przedniego koła. Raz było tak grubo, że ratuję się się podparciem nogą.  Biorę więc tą lekcję do serca – expect unexpected! 

Po minięciu Eger idzie gładko. Unikam tradycyjnie autostrad i tułam się wioskami. Winnice, małe domki, pola i lasy to węgierski krajobraz, który cholernie mi się podoba. Zmierzam do Suboticy w Serbii – tam mam nocleg. Granicę przekraczam popołudniem w Tompa. Nie ma kolejek, nie ma uchodźców i innych dziwactw. 

Jestem w Serbii! Wieczorem włóczę się po mieście… to co mnie uderza, to żyjące wieczorem miasto (a jest poniedziałek). Kawiarnie, restauracje i puby pełne ludzi. Jest przyjaźnie, z uśmiechem i radością! 

Zdecydowanie panuje tu dobry klimat! 

Subotice opuszczam po 9. Jadę nad jezioro Pilić. Znajduję cichy zakątek nad brzegiem. Siadam, rozkładam mapę i dojadam w ramach śniadania prowiant, który miałem z poprzedniego dnia.  
Wodząc palcem po mapie dochodzę do wniosku, że pojadę do przejścia w Baćka Polanka, żeby przez Chorwację wjechać z powrotem do Serbii do parku Fruska Gora.  Na granicy spokojnie i zanim przyzwyczajam się, że jestem w Chorwacji jestem znowu w Serbii.

Północna Serbia mnie nie zachwyca…

Droga przez Park Fruska Gora sprawia mi lekki zawód. Z jednej strony jestem zadowolony, że w tym upale mam okazję jechać wiele kilometrów przez las. Z drugiej nawierzchnia, a raczej jej opłakany stan powoduje chęć odbicia gdzieś na główną trasę. Powstrzymuję się choć łatwo nie jest. Wolno, bo wolno, ale przejeżdżam cały park, wśród wyrw i naniesionego ciężkim sprzętem do wycinki drzew błota.  
W zasadzie to czuję dużą ulgę opuszczając park. Z tą ulgą jadę do Belgradu. 

Skwar jest tak nieznośny, że kombiak aż parzy. Opadam z sił wjeżdżając do stolicy. Trafiam na popołudniowy szczyt, ale na całe szczęście przebijanie się motocyklem przez rzekę aut idzie nadzwyczaj sprawnie. Szukam miejsca noclegu przez ponad godzinę. Pomagają mi w tym dziewczyny w salonu HD gdzie dostaję dostęp do WiFi i kilka wskazówek nawigacyjnych. W końcu trafiam pod podany w rezerwacji adres.  

Jest wieczór, biorę dla ochłody orzeźwiający prysznic ruszam w miasto. Chcę zobaczyć Belgrad takim jakim jest także poza ścisłym centrum. Własnie w tych miejscach gdzie rzadko bywają turyści znajduję pierwiastek rumuńskiego Bukaresztu. Coś jest urzekającego w obu tych miastach. Postkomunistyczne bloki, sklepy, ruch uliczny i sami ludzie biją podobną autentycznością. Zastanawiam się, czy ten klimat nie jest przypadkiem cechą wspólną tej części Europy. Postanawiam go szukać w innych bałkańskich krajach. 

Belgrad – miasto, które zaczyna żyć nocą…

Co więcej, Belgrad zdecydowanie zaczyna żyć wieczorami. Jest początek tygodnia (konkretnie to wtorek), a miasto nadzwyczaj gwarne. Pełne lokalne restauracje i knajpki tętnią, w niektórych gra muzyka na żywo, a we wszystkich bez wyjątku siedzą uśmiechnięci, rozgadani ludzie.  
Ten spacer pełen zachwytów trwa dobre trzy godziny. Docieram w końcu na Kalemegdan. Tu także wszystko żyje – seniorzy grają w szachy, dziecięcy chór kawałek dalej daje koncert, a młodzież okupuje bulwar nad Dunajem. Wszystko to sprawia, że będąc drugi dzień w Serbii czuję się tu jak u siebie. Zdecydowanie polecam odwiedziny w Belgradzie. Jedna z fajniejszych stolic Europy moim zdaniem. 

Żegnam Belgrad o 10.30. Bez większego planu ruszam na południowy-zachód. Planuję dojechać nad Drinę. Którędy? Tego jeszcze nie wem. W zasadzie to nie chcę wiedzieć, więc odpalam w nawigacji tryb „kręte trasy” i pozwalam prowadzić się środkową Serbią w kierunku jej zachodniej granicy.  
Gdzieś w połowie dnia, z powodu doskwierającego upału i głodu staję na jedzenie. Na skrzyżowaniu dróg tuż obok przeprawy mostowej przez rzekę zauważam swojsko wyglądający zajazd o mało zaskakującej w tej sytuacji nazwie „Most”. Mam przeczucie, że dobrze mnie tu nakarmią. Zdaję się na propozycję personelu i biorę tradycyjną pieczoną baraninę, pomidory z cebulką, a do tego pieczywo. Oj jakie to dobre! Z przypraw jedynie sól, ale właśnie ta prostota jest kluczem całego dania. Py-cho-ta!  

Po odpoczynku ruszam dalej – mimochodem nabieram niesamowitej dynamiki przejazdu, podnosi mi się morale i dostaję zastrzyk pozytywnej energii. Nie żałuję poganiania koni mechanicznych i dzięki temu przed końcem dnia jestem przy domku na rzece Drina – ciekawej miejscowej atrakcji. Pechowo warunki do robienia zdjęć tej nietypowej budowli są kiepskie – zachodzące słońce świeci prosto w obiektyw. dlatego poganiam moto z powrotem drogą przy Drinie w kierunku Vrhpolje – mam tam nocleg w Etno Selo. Ależ wrażenie robi na mnie ta miejscówka! 

Serbska kawowa otwartość… 

Drewniane chaty, a w jednej z nich przyjemność nocowania. Do tego restauracja z pyszną kuchnią i widok na Drinę z tarasu. Wieczór upływa zgoła inaczej niż w Belgradzie – znacznie spokojniej. Chilluję w pięknych okolicznościami przyrody, słucham serbskich rozmów i sączącej się gdzieś w tle z głośników serbskiej muzyki. 

Leniwie spędzony wieczór i fajna czerwcowa noc sprawiają, że budzę się bez budzika już po 6 rano. Ciemne, stalowe niebo nie zapowiada dobrego pogodowo dnia. Nakrywam się kołdrą z mocnym postanowieniem, że jak ponownie się obudzę za jakiś czas pogoda będzie na pewno lepsza. Nie jest.

Przed 8 wchodzę do restauracji. Nikogo z obsługi. Siedzi za to dwóch Serbów – jeden w jakimś stroju roboczym, wygląda jak drwal. Pytam po angielsku z nadzieją, że zrozumie, czy jest ktoś z obsługi kto zrobi mi kawę. Drwal wstaje, zdejmuje uprząż i inne swoje klamoty. Z uśmiechem idzie za ladę, a następnie odpala ekspres. To pierwszy tego dnia przejaw serbskiej gościnności – koleś rzuca wszystko, mówi: „Bratko sedej!” i robi obcemu kawę!  Dobre espresso zrobił przyznam.  Rachunek płacę już u kelnerki, bo on nie znał ceny!  

Kawa nad tarasie, pakowanie i start w celu ponownego odwiedzenia domku na rzece. Tym razem warunki do zdjęć są znacznie lepsze. Przy okazji po sąsiedzku jem szybkie śniadanie. Na mapie wypatruję Park Narodowy Tara – widać, że jest też droga, która prowadzi dookoła parku i to ona staje się moim celem. GPS usilnie próbuje ominąć jej górny odcinek. Szybko przekonuję się dlaczego. Dziura na dziurze, strzępy po wycince drzew, przełomy, żwir, błoto, a nawet zwalone drzewa… tu jest wszystko! Nie dość, że wąska to jeszcze co jakiś czas zaskakuje ciężarówka wypadająca na pełnym gazie zza ślepego zakrętu. 
Przejechać się da, choć momentami tylko 15-20km/h. 

Dookoła Parku Narodowego Tara… 

Park Tara zostawiam w końcu za plecami, nawet podobała mi się ta jazda. Polecam każdemu kto ma dozę cierpliwości dla marnej jakości dróg. W okolicy Zlatiboru rzeka Uvac bardzo malowniczo meandruje, a ja chcę to zobaczyć. Upewniam się w sklepie spożywczym, że dobrze jadę. Dostaję garść wskazówek od lokalesów, nie wspomnieli tylko o jednym: droga prowadzi tylko na nadrzeczny kemping.  Jest to też nie byle jaka droga, bo pełna żwiru i kamieni, miejscami gliniasta i poprzecinana rynnami po opadach trochę szersza niż polna ścieżka wstążka pnąca się to raz w dół, to w górę, po to żeby ostatecznie stromym zjazdem doprowadzić do wspomnianego kempingu. Prawda, urokliwe miejsce, ale stąd mam jeszcze spory kawałek do punktu widokowego według GPS. Parkuję motocykl, ledwo ściągam kask i jak nie walnie grzmot… za chwilę drugi… – kurde skąd to tak wali przecież na niebie nic nie widać. Idę do kempingowej budki, zaczynam gadać z miejscowymi. Po 10min wiem, że do punktu widokowego jest 30min z buta lub 1,5h moto dookoła, ale bardziej offroad niż coś dla sporotowo-turystycznej maszynki w typie mojej Hanki. Chcę spasować i zacząć wracać do głównej drogi, ale wtedy się zaczyna.

Strzela salwa piorunów gdzieś niedaleko. Wiatr zrywa kempingowe brezenty, a niebo robi się smolisto czarne. Serb z którym chwilę wcześniej omawiałem dojazd do meandrów proponuje: Bratko, sedej! Daje tym samym do zrozumienia, że to potrwa. Jak nie zacznie walić gradem! Wycieczka, która chwilę temu spłynęła rzeką chowa się z nami w blaszanym baraku. Odgłos gradu walącego w blachę potęguje uczucie armagedonu na zewnątrz. Z okien prawie nic widać. Grzmoty, pioruny, dudnienie kulek lodu. W przeciwległym końcu blaszaka jakaś serbska turystka modli się w kucki panicznie wystraszona. Nie da się nawet pogadać, bo dudnienie zagłusza wszystko. Serb pyta mnie: Bratko, boisz się? Odpowiadam zgodnie z prawdą, że o siebie nie, bo mi sucho i mam dach nad głową, ale moto stoi tam na zewnątrz.  
Gradobicie trwa jakieś 20 minut… potem przychodzi burza. Kolejne 40 minut. Po godzinie opady ustają na tyle, że wyskakuję zerknąć jak moja Honda. W miejscu gdzie zaparkowałem płynie strumień brązowej wody. Ale…! Stoi tak jak ją zostawiłem! Hurra! Rękawice co prawda całe mokre, bo nie zabrałem ich z kanapy. Kij z tym!  
Przez kolejną godzinę koczujemy w baraku wypatrując poprawy pogody – gospodarze częstują kawą i serbskimi specjałami – palicinka, serbska czarna kiełbasa i nawet rakija.  

Niezdobyte meandry Uvac i gleba…

W końcu deszcz ustaje na tyle, że decyduję się na wyjazd. Zaczynam ubierać się w kombi przeciwdeszczowe. Chcą mnie zatrzymać na noc tłumacząc, że podjazd będzie ciężki, bo droga zalana. Stwierdzam jednak, że jutro będzie podobnie, albo gorzej. Prognozy zapowiadają deszcz również z rana. Dziękuję za gościnę, żegnam się z obietnicą, że jeśli droga będzie zbyt ciężka to zawrócę. 

Nie mylili się. Droga wygląda teraz jak strumień błota, wcześniejsze przełomy to rynny płynącej brązowej cieczy, do tego wszystkiego cholernie śliskie błoto, albo ostre kamienie. Ostatecznie udało się! Co prawda ok. 300kg moto na szosowych oponach tańczy mi tak, że trzy razy zbieram je z gleby. Kufry dostają kilka nowych rys, ale nie ma poważnych strat. 
Dałem radę!!! Adrenalina pulsuje mi w żyłach tak w takim stężeniu, że po wjechaniu na asfalt dalsza jazda w deszczu nie robi na mnie żadnego wrażenia. Odjeżdżam około 40km i gdzieś pod Nova Varoś, na stacji benzynowej, korzystam z WiFi i znajduję nocleg. Po jednym piwie wypitym do kolacji padam na wyrko wypompowany. Przygoda! 

Po przygodach dnia poprzedniego śpię w nocy jak suseł. Budzę się jednak dość wcześnie. Obolałe, skostniałe od dźwigania Hondy ręce i nogi potrzebują chwili na rozruszanie. Deszcz, który zapowiadali w prognozach omija Nova Varoś – podobno takie anomalie jak wczorajsza w rejonie Uvac zdarzają się dość często w czerwcu. Miasteczko jest oddalone spory kawałek od tego miejsca, więc chyba mi się upiekło. Niebo nadal stalowe, mam mieszane uczucia, czy zakładać przeciwdeszczówkę, czy nie. Na dobrą wróżbę i początek dnia nie zakładam. I to jest dobry pomysł. Z każdym przejechanym kilometrem przeciera się. Jadę w kierunku Czarnogóry. Granicę przekraczam już w słonecznych warunkach. 

Oszałamiający Durmitor z burzą w tle…

Pierwszy cel: Most na rzece Tara. Świetna miejscówka. Można tu zjeść śniadanie, podziwiać płynącą w dole kanionu Tarę i malowniczy most. Podjeżdża dwóch Rumunów na enduro – chwilę rozmawiamy. Gadamy o mojej zeszłorocznej rumuńskiej wyprawie, polecam im też kilka miejsc w Polsce. Żegnamy się życząc sobie ponownego spotkania w Kotorze – oni też tam zmierzają.  
Znad Tary jadę na Żabljak, by po niedługim czasie skręcić na R-14 – drogę przez Park Narodowy Durmitor! Przejazd przez Durmitor już od pierwszych kilometrów wbija się bezceremonialnie na pierwsze miejsce tras, które mam za sobą. Nie mogę się zdecydować, czy patrzeć na drogę, czy na szczyty dookoła. Wąska i kręta trasa idealnie wpasowuje się w pasmo górskie co i raz odsłaniając zapierające dech widoki. 

Nie śpieszę się, choć widzę, że na górze zbierają się ciemne chmury. Daję sobie spokojnie czas na przejazd i delektowanie górską trasą – do końca nie zostało tak dużo, więc wiem, że zdążę. Burza gdzieś tam po drodze, przy wyjeździe z parku, daje o sobie znać. Tym razem mam farta, bo zauważam, że moja trasa omija szerokim łukiem obszar, w którym szaleje. Kropi jedynie przez 10min w trakcie gdy podjeżdżam pod kwaterę. 

Dzisiejszy nocleg szczęśliwie wypada w Etno Selo Izazlak. Z głównej drogi w kierunku Niksić trzeba trochę odjechać, ale są znaki prowadzące do obiektu, więc trafiam bez zbędnego szukania.  Polecam każdemu kto chce zaznać ciszy i spokoju. Zimne piwo z widokiem na rzekę Pivę płynącą w kanionie to idealny zestaw na wieczór.  
Mam fajny domek z kominkiem, a na miejscu jest knajpa z serbską kuchnią. Nie potrzeba nic więcej.  Cena za domek + wyżywienie (kolacja i śniadanie) to 28 euro. Durmitor rządzi! 

Chłodna noc za mną w Etno Selo nad kanionem Pivy. Fajnie, że jest kominek i można się dogrzać.  
Zbieram się do wyjazdu, ale zauważam,  że moje ostatnie przygody negatywnie odbiły się na tylnej oponie. Dość mocno pokiereszowany jest środek. Muszę ją obserwować. Mam nadzieję, że wrócę na niej do domu, a dopiero potem wymienię. 

Ach, te Bałkany…

Dzisiaj dojadę nad Zatokę Kotorską. Startuję w kierunku Niksić, jednak nie bardzo chcę lecieć prosto w kierunku zatoki. Wolę potułać się mało uczęszczanymi drogami. Planuję przejazd na Lovcen i dopiero potem nad zatokę. Podążam R-15, w kierunku Cevo i Njegusi. Jeśli chcesz zobaczyć górskie-czarnogórskie domki oddalone o kilometry od najbliższej cywilizacji to ta trasa jest do tego idealna. Jadę wśród szczytów, aż tu z zaskoczenia wyrastają zabudowania – i widać, że to są zamieszkane budynki. Przez dwie godziny jazdy mijam dosłownie dwa auta… no i ciężarówkę, ale one już mnie nie dziwią.  
W ogóle to ciekawa sprawa z tymi ciężarówkami – nie istotne jak wąską drogą jedziesz, możesz się tam spodziewać nawet TIRa. Pakują się wszędzie i bezceremonialnie ! W Serbii spotkałem TIRa na drodze przez park Fruśka Gora! 

Mam niestety mało paliwa i wiem, że nie dojadę do Lovcen – poza tym jest dość pochmurno, a szczyt zakryty jest chmurami. Odpuszczam wjazd i zjeżdżam w kierunku Kotoru. Droga w dół jest kolejnym wyzwaniem tego dnia. Pakują się nią autokary, osobówki, rowerzyści i rzecz jasna motocykliści. Na mijankach dwa autobusy przejeżdżają obok siebie na centymetry. Jak trafią się poza mijankami, to któryś musi cofać. Wtedy z takim autokarem cofa cały sznur pojazdów za nim. Ciekawie tam mają… mnie to nie dotyczy całe szczęście – ciśniemy z Hanką bokiem i zjeżdżamy do Kotoru. Po drodze zaczyna padać. Zakładam wodoodporne kombi i docieram na dół. Na stacji zalewam do pełna i zerkam na tylną oponę. No cóż, lepiej nie jest. Jest wręcz znacznie gorzej.  Z Kotoru grzeję pod Herceg-Novi gdzie zaplanowaną mam bazę przez najbliższe trzy noce. 

Dojeżdżam, rozpakowuję się i znowu zerkam na oponę… widać podłużne spękania – kurde wyjdą druty. Nie wrócę na tym kapciu do domu. Więcej… strach na nim jechać gdzieś dalej niż na Lovcen. Czyżby kolejne wyzwanie do ogarnięcia podczas tego wyjazdu?  
Gospodarz u którego nocuję zadeklarował pomoc. Dopiero w poniedziałek, bo w weekend wulkanizator jest zamknięty. Dobre i to. Pomijając kłopoty z oponą… ależ Zatoka Kotorska jest piękna!  Cieszę się, że tu dotarłem.

Reszta to pikuś. 

 

 

Boka Kotorska – kwintesancja regionu…

Dziś jest niedziela – dowiaduję się całkiem przypadkiem. Dotychczas po prostu odliczam dni wyjazdu: pierwszy, drugi, trzeci itd. Łatwo tak licząc zgubić, który jest dzień tygodnia. Lubię tak tracić rachubę. 
Niedzielę spędzam kręcąc się dookoła Zatoki Kotorskiej – na więcej nie pozwalała poddający się na korzyść wystających drutów bieżnik. W międzyczasie różnymi kanałami staram się zdobyć namiar na jakiegoś moto-wulkanizatora. 

Z Djenovici jadę do Kotoru. Tam 1500 stopni prowadzi mnie do ruin twierdzy, po to żebym mógł podziwiać góry pięknie witające się z morzem. Coś jest w tych widokach. Można je podziwiać bez końca.  
Chcę podjechać na Lovcen, bardzo chcę – oceniam stan tylnego kapcia i muszę zrezygnować. Drugi raz zrezygnować. Ale nie odpuszczę! 

Dostaje telefon – jest wulkanizator i to niedaleko mojej kwatery. Dzwonię do gościa… kurwa, on ni w ząb nie mówi po angielsku!  
„Sprechst du deutsch?” pyta – „No jasne, że 'nein'”!  
Co teraz? Jak się dogadać z kolesiem?  
Uruchamiam wszystkie szare komórki… szczególnie te z okresu liceum kiedy przez kilka semestrów starano się wpoić do łba niemiecki.  
O dziwo gość po drugiej stronie rozumie! Łamanym angielsko-niemiecko-rosyjskim ustalamy, że przyjedzie do warsztatu za godzinę.  
Dobra, jest jakiś postęp.  
Zawijam się z Kotoru, mam do przejechania ok. 50km. 
Podjeżdżam pod wskazany adres: Vulkanizer Sabi.  
Czekam. Po 20min zatrzymuje się Renault Megane. W niej dwóch Cyganów wraz z familią – jeden z nich to właśnie Sabi. Zaczynamy gadać. Trochę mi rysuje na kartce o co mu chodzi, bo mój przyśpieszony kurs niemieckiego nie jest doskonały. Ten drugi po rosyjsku gada, a to już da się zrozumieć. 

Wybawca Sabi! 

Dobra, jestem chyba w domu. Sabi odpala stronkę na której wybieram nowego laczka – nie ma Pirelli, ale w tej sytuacji nie wybrzydzam i biorę Conti RoadAttack3. Tłumaczy, że opona będzie jutro o 18, bo będzie jechała pocztą. Ta… pocztą… w jeden dzień, a w zasadzie kilka godzin?! Przecież to nierealne. Twierdzi, że realne i że będzie jutro. Zamawiam, zostawiam zaliczkę. Nie mam wyjścia, idę na ten układ i wierzę że mnie nomen-omen nie oszwabią.  
Okaże się jutro. 

 

Skoro wyszło na to, że w poniedziałek jestem uziemiony, postanawiam zrobić sobie dzień plażingu i lenistwa. Piasek, kąpiel w morzu, leżenie bykiem, kawa w knajpie, trochę nudy tak potrzebnej po kilku intensywnych dniach. Jest dobrze jednym słowem. 

Pod wieczór odpalam moto i jadę do Sabiego. Podobno opona jest w drodze, ale jest korek w Kotorze i dostawa będzie później. No dobra, to ja sobie pojadę na kolejną kawę, coś zjem i wrócę o 19tej.  
Wracam, a Sabi uniesionym w górę kciukiem informuje mnie, że przesyłka dotarła. Dokończy tylko poprzednią wymianę i bierze się za moją Hondę.  
Wow… poczta w Czarnogórze działa nadzwyczaj sprawnie! Jestem w szoku! 

Honda wjeżdża przed warsztat – a Sabi zamiast do maszyny, idzie do lodówki, otwiera i każe wybrać trunek, którym będę się raczył w trakcie gdy on będzie pracował. Jest rakija, jakieś nalewki i burbony. Mieszam symbolicznie coś tam z colą i po pierwszym łyku odpuszcza mi nerw, czy cała ta akcja wypali. Widzę, że chłopak staje na wysokości zadania.  
Po kilkudziesięciu minutach mam nowego Continentala na feldze.  
Gęba szczerzy się niesamowicie.  
Viele Gluck Sabi! 
Teraz czas na jazdę próbną… lecę do Kotoru. Może kolejne podejście do Lovcen? Liczę czas – jak dojadę będzie już noc. Odpuszczam po raz trzeci, ale rzecz jasna nie ostatni. 

Mam nową oponę i mogę jechać dalej! Mam też w sobie z tego powodu mega radość! 

Sam w mauzoleum…

Dziś jest ostatni dzień nad Boką Kotorską. A skoro zaraz wyjeżdżam to zrobię ostatnie podejście do wjazdu na Lovcen. Wstaje wcześnie, za wcześnie, ale o tym dowiem się nieco później. Z Milanem, moim gospodarzem, jestem umówiony na zdanie kluczy ok. 12.00 także spokojnie powinienem zdążyć szczyt i przejechać polecaną przez niego trasą: Cetinje, Budva, Sv. Stefan i powrót promem. OK, zapowiada się małe rozruszanie przed dalszą podróżą w kierunku Chorwacji. 

 

Po raz kolejny ta sama droga: Djenovici – Kotor – Lovcen. Jest czas, jest nowy laczek, jest pogoda, więc wjeżdżam na szczyt. Uradowany, schodzę z siodła, a w tym momencie podchodzi ochroniarz i informuje, że otwarcie o 9.00.  
Cholera, jest ciut po 7. Chwila na przemyślenie możliwych opcji. Może skoczę do Budvy i Sv. Stefan, a w drodze powrotnej tu wrócę. Kalkulacje nie wypadają pomyślnie. Po prostu nie starczy mi czasu. Dobra, mniejsza z tym – jestem tu, więc po prostu poszukam jakiegoś miejsca gdzie przeczekam te 1,5h. 

Ta opcja okazała się świetnym pomysłem. Znajduję piękny punkt widokowy na Zatokę. Wygrzewam się w pierwszych ciepłych promieniach słońca leżąc na kamiennym murku. Robię niespiesznie kilka spośród moich ulubionych zdjęć z tego wyjazdu. Szybko mija oczekiwanie. Droga powoli zapełnia się samochodami i autokarami.  
Wskakuję na Hondę i podjeżdżam ponownie na szczyt. Jestem pierwszy. Panowie przede mną otwierają metalowe bramy, wrota i wydają wejściówki.  
Szczerze? To miejsce zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Poczułem się jak w jakiejś opowieści fantasy – jakiejś elfickiej świątyni. Mauzoleum na szczycie góry, widok, kamienne budowle i sarkofag. I ja sam, bo wycieczki nie mają tak dobrej kondycji, żeby szybko wczłapać się na górę po schodach.  
Warto było wstać rano, czekać, a potem zachwycić się tym miejscem. Bardzo, ale to bardzo polecam. Sądzę jednak, że mocno traci gdy są tutaj tłumy – dlatego polecam też bycie tu jako pierwszy danego dnia gość.

Ze szczytu zjeżdżam do Cetinje, tankuję i lecę dalej w kierunku Budvy. Kilkanaście kilometrów dalej zatrzymuje mnie służba drogowa. Droga zamknięta (jak się okazało między 9 a 11 zamykają z powodu remontu). Najbliższy objazd – a jakże – przez Cetinje i Lovcen! No nic… Budvę i Sv. Stefan odpuszczam. Wracam tą samą drogą. Po drodze widzę jak chłopak otwiera przydrożny stragan z palinkami, miodami, winami i innymi lokalnymi frykasami. Znowu mam szczęście, bo po krótkiej rozmowie udaje mi się nakłonić go do sprzedaży dwóch palinek w cenie jednej :) Takie suweniry zawsze ucieszą znajomych i rodzinę.  
Zamiast przez Kotor jadę w kierunku Lepetene, skąd promem mogę skrócić drogę powrotną do Djenovici. Dojeżdżam po 12tej. 

Magistralą Adriatycką w skwarze, ale z bananem na gębie…

Jest prawie 13ta a ja już spakowany i gotowy do drogi. Dość szybko dojeżdżam do Dubrownika. Oglądam miasto z pułapu magistrali adriatyckiej, bo chęć na zwiedzanie odchodzi mi gdy stoję jeszcze na granicy. Upał tak niemiłosiernie daje się we znaki, że zwiedzanie starego Dubrownika w skórzanych portkach uznaję jawny masochizm i działanie na własną szkodę. Jadę dalej!  
Magistralą adriatycką dolecę dziś w okolice Makarskiej – taki mam plan. Podobno w Baska Voda jest dobry kemping, choć drogi. Zajeżdżam tam. Wcześniej na bookingu sprawdzam – mają przyczepki z węzłem sanitarnym za ok 140zł za noc. Fakt, drogawo, ale jedną noc prześpię. Jednak Pani z recepcji oznajmia, że na jedną noc i dla jednej osoby może wydać jedynie bungalow. OK, 20zł drożej, nie zbiednieję. Podjeżdżam pod domek!  
Ja pierniczę, toż on pamięta czasy Jugosławii. Oddaje klucze z informacją, że dla mnie stanowczo nie w tej cenie jest taki nocleg i jednak poszukam innego miejsca. Tak szybko i sprawnie nikt nigdy nie mnie nie wymeldował.  

W Baska Voda nie ma dla mnie noclegu – albo nie chcą sprzedać pokoju jednemu chłopu na jedną noc, albo żądają 50EUR za nockę, co jest grubą przesadą.  
Kawałek dalej jest Brela. Trafiam na informację turystyczną, w której pytam o hasło do WiFi, żeby poszukać czegoś w okolicy. Chłopak z obsługi, może 19-20 lat podaje hasło i jednocześnie pyta czy może pomóc. Wyjaśniam mu, że szukam noclegu.  
– Daj mi chwilę – mówi i dzwoni do kogoś. 
– OK. 
Po kilku minutach prowadzi schodami w dół. Ha! Na dole Ci sami ludzie prowadzą pensjonat. Bardzo przyzwoity pokój z dwuosobowym łóżkiem, aneksem kuchennym i balkonem z widokiem na Adriatyk dostaje za 25EUR. Nie szukam już lepszej opcji – po prostu jej nie znajdę. 
Szybka kąpiel i na deptak, poszwendać się brzegiem, zjeść, wypić piwko i rozprostować kości po całodniowej jeździe.  
Jutro dalsza podróż magistralą adriatycką w kierunku domu. 

Z Breli cofam się, ale tylko kawałek – po to żeby na wysokości Makarskiej odbić w kierunku Sveti Jure. Bilet mam od wczoraj – widoki z wczorajszego przejazdu drogą 512 przez Ravcę tak mnie pochłonęły, że zupełnie zapominam o tankowaniu, dlatego wczoraj nie miałem szans na dotarcie na szczyt i z powrotem. Ustaliłem z kasjerem, że zachowam wjazdówkę i wrócę rano.  

Chorwackie agrafki…

Ciekawy jest podjazd na Sv. Jure. Motocyklem to po prostu kolejna kręta, wąska górska droga – wcale nie nudna. Dla motocyklistów to coś czego właśnie oczekujemy w trakcie naszych podróży. Samochodem można się natomiast spocić. Jazda dosłownie na krawędzi. Dwie osobówki się nie miną – trzeba cofać do zatoczek.  
Na szczycie straż parku dyryguje, czy można jechać w dół, czy akurat ktoś wjeżdża ostatnimi serpentynami. Mimochodem, słyszę na szczycie polski komentarz, że raz w życiu warto wjechać, ale nigdy więcej :) 

Nie zgodzę się z tym zupełnie – wrócę tam. Zaplanuję wyjazd tylko do Chorwacji, a to dlatego, że podczas tego tripu robię ją w zasadzie tranzytem. I wtedy też zaplanuję ponowny wjazd na Sv. Jure. Rano, gdy będzie mało ludzi i świetne widoki :)  

Dalszą część dnia mogę opisać tylko w jeden sposób: Magistrala Adriatycka. Zachwycam się widokami. Droga ta jest z pewnością piękna i trudna. Wcale nie mam na myśli tony zakrętów.  
Chodzi mi o warunki pogodowe – skwar i silny boczny wiatr, a dodatkowo ciągłe przejazdy przez miasteczka gdzie warto zwolnić, bo chorwaccy policjanci polują z radarami w ręku na kierowców tracących czujność w terenie zabudowanym. Trasa ta jest z pewnością wymagająca, a dla niektórych wyda się nudna. Dla mnie z przejechanie od Dubrownika do Zadaru jest spełnieniem małego motocyklowego marzenia! 

Docieram w okolice Nin. Ostatni chorwacki nocleg. Od jutra czysty tranzyt w stronę Polski. 

Około ósmej, po śniadaniu chcę jeszcze skorzystać z internetu i ocenić czy w drodze powrotnej uda mi się zajechać nad Jeziora Plitwickie. Niestety nie. Czas zwiedzania przy najkrótszym wariancie to kilka godzin, a wolę zobaczyć to miejsce w pełnej krasie. Dlatego decyduję pogonić autostradami. Z okolic Nin tłukę się przez moment lokalnymi drogami, zaliczam ostatnią spontaniczną kąpiel w Adriatyku i po jakichś dwóch godzinach wskakuję na autostradę w stronę Zagrzebia.  
Przypominam sobie jak bardzo nie znoszę jazdy drogami szybkiego ruchu. Monotonia, nudy, ziewanie: ogólnie mówiąc znużenie doprowadzające do senności. Cholera, tyle kawy i red bulli nie wypiłem przez cały wyjazd. Nie pomagają nawet szybsze, dużo szybsze niż ograniczenia nakazują odcinki. Muszę stawać co ok. 100-150km na regenerację, rozruszanie i kawę. Upał dodatkowo przeszkadza. Dojeżdżam w końcu nad Balaton. To co zapada w mojej pamięci podczas wieczornego chilloutu na tarasie pensjonatu to komary. Ależ bestie! Zniechęca mnie to do siedzenia na zewnątrz. Na kolacje zupa chmielowa, a potem upragniony sen. 

Powrót na autopilocie i litrach kawy…

Rano objuczam Hankę i startuję w kierunku Polski. Znowu wieje nudą. Do Miszkolc autostrada – synonim senności. Powtórka z wczoraj. Kawa, Red Bull. Red Bull, kawa. Po drodze małe święto – licznik wskazuje 70 tysięcy km. Z tego wspólnie 30 tysięcy. Będzie więcej rzecz jasna. 
W końcu wbijam na Słowację. Tutaj trochę lepiej. Droga przestaje być monotonna. Ożywia mnie to. Ok. 17tej przekraczam granicę Polski.  Przejście graniczne Konieczna – To samo przejście, którym wyjeżdżałem na Bałkany. Do Gorlic mam 30km. Jadę na obiad. Tak dobrze robi mi się po jedzonku, że postanawiam przenocować i dokończyć podróż w sobotę. Pora na małe celebrowanie kończącej się podróży – kelnerka przynosi zamówione whisky z lodem. 

Dzień typowo tranzytowy. Przez Tarnów, Busko-Zdrój i Kielce kieruję się w stronę domu. Czuję podświadomie zapach własnych kątów. Najbliższą noc spędzę w swoim łóżku. To jeden z tych momentów, bez których podróżowanie nie miałoby smaku. Chwila gdy przekręcasz klucz w zamku… zmęczony, ale szczęśliwy. Siadasz na chwilę na kanapie i myślisz…  
– Kurde, ale było fajnie. To gdzie następnym razem? 
Odprowadzam motocykl do garażu, stawiam na zasłużony odpoczynek, poklepując po baku mówię: 
– Dzięki, spisałaś się na medal.  
Wieczorem czekają na mnie znajomi i rodzina.  
Oglądamy zdjęcia, a ja komentuję. 

 

Bałkany podsumowanie: 

Czas trwania: 13 dni 
Dystans: 4982 km 
Budżet: 4400 zł, w tym 
– noclegi: 1300 zł  
– paliwo i opłaty drogowe: 1535 zł 
– nowa opona: 765 zł 
– jedzenie, bilety wstępu, pamiątki i inne drobne zakupy: 800 zł 

Zakładałem wydać nie więcej niż 4000zł. Niespodziewanym, dodatkowym kosztem okazała się nowa opona. Budżet przekroczyłem przez to o 10%, co jest całkiem niezłym wynikiem. Gdyby nie wymiana opony byłbym poniżej planowanej kwoty. 

Dziękuję też  motobagaz.pl za przygotowanie zamówienia na akcesoria i świetną logistyczną obsługę – na kilka dni przed wyjazdem nie miałem pewności, czy zamówiony stelaż pod kufer centralny dojdzie – był jeszcze u producenta. Chłopaki zareagowali wzorowo i w ekspresowym tempie kurier dowiózł nową płytę ze stelażem. Spisaliście się świetnie, dzięki Panowie.

Nowy stelaż też robi dobrą robotę :) 


Galeria: 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *