Zdarza się, że wcale nie szukasz szwendaczki, to szwendaczka znajduje Ciebie.
Dokładnie ten scenariusz przydarzył mi się w trakcie ostatniego wyjazdu w Pieniny.
Czytam post na jednej z fejsbukowych grup motocyklowych – autor planuje szybki wypad na południe i zaprasza chętnych.
Wygląda to zachęcająco – jakbym sam go pisał. Odpowiadam na zaproszenie i po krótkiej wymianie wiadomości wiem, że w sobotę o 7 rano widzimy się na wylocie z Warszawy. Pakuję manele w piątek dla oszczędności czasu o poranku. W sobotę o barbarzyńskiej piątej rano zwlekam się mimo ogromnej niechęci. Umawiamy się w Tarczynie, na Orlenie. Chwila na omówienie reguł jazdy, a następnie ruszam pierwszy w kierunku Kielc, żeby na ich wysokości odbić w stronę Buska-Zdroju.
Spontaniczne planowanie…
Dłuższy przystanek wypada nam właśnie w Busku. Mała regeneracyjna przerwa na poznanie się. Mój kompan jeździ BMW S1000XR, co zapowiada dziarskie tempo podróży. Obaj jesteśmy jednak zgodni, że zachowujemy dawkę rozwagi. Droga mija dość szybko. Mijając Brzesko dojeżdżamy w okolice Jeziora Czchowskiego i Rożnowskiego. Tutaj zamieniamy role, zdaję się na przewodnictwo kolegi – on zna te strony lepiej niż ja.
Zatrzymujemy się na bezalkoholowe mojito w Heron Live Hotel (w końcu upał doskwiera bezlitośnie). Podoba nam się tu, ale po skończonym napoju czas ruszać dalej. w trakcie pauzy decydujemy się na plan dalszej części dnia. Wejdziemy na Trzy Korony!
Ponieważ nie powinno chodzić się po górach na głodnego, w Nowym Sączu jemy obiad, a po dojechaniu w Pieniny wcinamy pierogi na słodko w schronisku PTTK „Trzy Korony”. Zanim wejdziemy na szlak udaje nam się uprosić o przechowanie moto ciuchów – możemy wejść na lekko!
Już na tym etapie plan wyjazdu robi mi banana na gębie – mogę połączyć swoje dwie pasje. Łażenie po górach i turystykę motocyklem.
Wejście od Sromowców Niżnych jest dość wymagające jeśli chcesz trzymać żwawe tempo. Na szczycie delektujemy się widokiem na płynący w dole Dunajec i panoramę Tatr widoczną jak na dłoni. Warto zmęczyć się dla takiego widoku! Humory zdecydowanie dopisują!
Koniecznie nocleg z widokiem na góry…
Pod schroniskiem, przebrani z powrotem w moto ciuchy próbujemy znaleźć nocleg. Niestety w Pieninach nie ma nic wolnego. Udaje się dopiero w Bukowinie Tatrzańskiej. W planie wycieczki był nocleg z widokiem na góry – miały być Trzy Korony, ale Tatry też są spoko 🙂
W niedzielę rano zmieniamy po raz kolejny plan gry. Decydujemy, że nie jedziemy przez Polskę, ale w zamian okrążymy Tatry słowacką stroną, dotrzemy do Korbielowa i dalej przez Bielsko skierujemy się do Warszawy.
Wcielamy ten plan w życie mimo jednej niespodzianki – pogody. Pada równy, nieprzyjemny deszcz zaraz po tym jak wjeżdżamy na słowacką stronę. Całe szczęście na tyle lekko, że nie zakładamy przeciwdeszczówek.
Opad jest niestety na tyle upierdliwy, że droga wydłuża się i staje się dość niekomfortowa. Wszystko przez to, że gdy asfalt dostał lekko wody stał się niesamowicie śliski. Przednie koło łapie kilka uślizgów. Raz wyjeżdżam też nadzwyczaj niebezpiecznie za oś zakrętu. Hamulce nie dają oczekiwanego wytracania prędkości, a mocniejsze wciśnięcie dźwigni od razu powoduje stratę przyczepności. Dlatego sporą część słowackiej trasy bierzemy zakręty na kwadratowo przy emeryckiej prędkości. Szuram w trakcie jazdy podeszwą buta po nawierzchni i mam odczucie jechania po oleju, lub innym cholerstwie! Obaj zgodnie przyznajemy, że po takiej nawierzchni nigdy dotąd nie jechaliśmy – na sucho super przyczepność, na mokro lodowisko!
Słowackie ciacho i do domu…
W ramach odpoczynku po ciężkim odcinku stołujemy w słowackiej knajpie. Pora na kawę i ciacho. Omawiamy doświadczenia z przebytej drogi, a potem (niestety już w deszczu) ruszamy w powrotną trasę. Pada mniej więcej do Tychów. Potem jedziemy po mokrym, aż do samej Częstochowy. W tamtejszym McD przyszła pora na kolejną kawę i delikatny odpoczynek. Kolejne kilometry są dość przewidywalne. Równe tempo pozwala dojechać do domów przed 21 i to pomimo sporego weekendowego ruchu.
Dwa dni, udany motocyklowo-trekkingowy weekend. Nie mogło być lepiej, bardziej spontanicznie i tak intensywnie. Fajnie było wyrwać się bez planu, ale z zaufaniem do pomysłu kolegi z forum.
Galeria:


