Jest koniec lata, 9-10 września. Raczy nas piękna ciepła pogoda, zapowiedź złotej polskiej jesieni.
Wybieram się w tym czasie na dwudniową przejażdżkę z Julkiem – mototurystą z konkretnymi planami na swoje podróże. Wersji wycieczki jest kilka, ostatecznie decydujemy, że wzdłuż polskiego odcinka Bugu dojedziemy najdalej jak tyłki i czas pozwolą.
Spoykamy się przy trasie S8. Wybieramy kierunek przez Łochów, Węgrów aż o Drohiczyna. Tam na górze zamkowej mamy chwilę przerwy. Widok leniwie płynącego Bugu i wędkarzy równie leniwie obserwujących, czy nie ma brania ma w sobie coś hipnotyzującego. Wybudza nas z tego letargu potrzeba tankowania motocykli. Po tej prozaicznej czynności startujemy w kierunku Siemiatycz, a następnie lokalnymi drogami przemierzamy dolinę Bugu.
Całą tą część trasy, aż do samego Hrubieszowa, trzymamy się jak najbliżej granicy. Sama Dolina Bugu jest bardzo rozległa, jadąc drogą rzekę widać jedynie przez krótkie momenty. Nie jest to jednak przeszkodą w nacieszeniu oka widokiem podlaskich, a potem lubelskich wsi, ogromnych łąk i pól. Część trasy jest też zalesiona. Jakość nawierzchni często pozostawia sporo do życzenia, jestem przekonany, że to dlatego mijamy po drodze niewielu motocyklistów.
Głód dopada nas w okolicy Terespola – pytamy dwie kobietki o lokale warte odwiedzenia, a te polecają nam zajazd w Kodeniu. Zachwalają tamtejsze pierogi – nie trzeba było mnie długo namawiać. Pojedzone, czas ruszać dalej.
W okolicy Woli Uhruskiej, tuż za Włodawą Julek wyszukuje wieżę widokową. Dojazd lekko szutrowy, ale nic z czym nie dalibyśmy sobie rady. Widok na dolinę Bugu zatrzymuje nas wieży na kilka dłuższych chwil. Oceniamy czas i decydujemy gdzie mniej więcej chcemy dojechać tego dnia.
Roztoczańskie klimaty…
Bug przekracza granicę z Ukrainą gdzieś na wysokości Hrubieszowa. Jeśli chcesz jechać dalej jego brzegiem potrzebny będzie paszport, hrywny i i znajomość cyrylicy. Nie mamy ani paszportów, ani hrywien, a cyrylicę znamy mniej niż dostatecznie.
Stajemy więc w Browarze Sulewskim na kawę i poszukiwanie noclegu. W samym browarze nie chcemy nocować, bo odbywa się w nim huczne wesele. Znajdujemy więc inny nocleg, niedaleko Zwierzyńca. Dojazd funduje nam diametralną zmianę krajobrazu. Pofalowane, bezkresne pola i łąki Roztocza robią na mnie jak zawsze spore wrażenie. Cholernie lubię ten region. Juliusz jest pod wrażeniem, to jego pierwszy raz tutaj.
Nocujemy w znalezionej na booking agroturystyce Stara Szkoła. Wieczorne rozmowy o wyjazdach, planach podróżniczych, motocyklach i wszystkich tych tematach, które powiązane są naszą pasją sprawiają, że czas płynie szybko .
Po niedzielnym śniadaniu obieramy kierunek i cel: Zamość i kawa na rynku. Godzinka na rynku upływa zdecydowanie za szybko.
Jest sporo przed południem, nie chcemy jechać prosto do domu, więc wymyślamy różne opcje trasy. Decydujemy że wrócimy przez Chełm, Parczew, Radzyń Podlaski. Unikamy głównych tras jak tylko się da. Pogoda jest wyśmienita, jazda przez wsie i miasteczka funduje nam sporą frajdę.
Ostatni przystanek wypada w Łukowie – przy zaledwie poprawnym posiłku. Mimo to mamy pełne żołądki i werwę do dalszej drogi. W Siedlcach rozdzielamy się – Julek uderza prosto na Warszawę, a ja przez Węgrów i Łochów dojeżdżam na swoje warszawskie przedmieścia.
Takie nieśpieszne zakończenia sezonu lubię. Przejechałem trasą, którą od dawna miałem na oku, dopisała nam pogoda, mogłem odwiedzić moje ulubione Roztocze.
Cały wypad zamknąłem z licznikiem nabitym na około 970km. Podziwiałem Dolinę Bugu – to jedna z moich ulubionych rzek. A Julek mógł po raz pierwszy (i z tego co mówi nie ostatni) podziwiać piękne roztoczańskie krajobrazy z siodła swojego Horneta!
Galeria:


