Czytaliście na Facebook’u, że ostatnio byłem na Kociewiu, Kaszubach i Pomorzu?
Chętnie opowiem Wam jakie przygody spotkały mnie i moich kompanów w trakcie tego tripu!
Dlatego zapraszam do lektury opisującej te trzy dni.
Ruszamy o trzynastej w piątek. Bez konkretnego celu, ale z wybranym kierunkiem: północ.
Jedziemy na trzy motocykle: Moja Honda, duży GS i nowa Afryka Twin. Czuję, że chłopaki pociągną mnie po szutrach mając takie sprzęty. Kieruję nas z początku przez Pomiechówek (wszyscy zgodnie lubimy jeździć wzdłuż Wkry), Nowe Miasto i Ciechanów, potem na Działdowo. Za Działdowem zaczynają się jeziora! Uwielbiam jeździć koło wody – rzucam wtedy odruchowo wzrokiem na każdy mijany zbiornik.
Stajemy na obiad w Iławie. W trakcie posiłku postanawiamy, że dziś skończymy dzień w Malborku. Po dojechaniu wieczorem, pod zamkiem robimy szybki rekonesans za kwaterą. Jeden z kompanów jest niezdecydowany, dlatego po sprawdzeniu kilku miejsc, większością głosów wybieramy hotel z widokiem na Nogat i malborski zamek.
Po długim wczorajszym wieczorze, ranek schodzi nam na poszukiwaniu pamiątek i przechadzaniu się w okolicy zamku. Planujemy też kierunek na dzisiaj. Podobnie jak wczoraj chcemy jechać bocznymi drogami. Wybieramy kierunek na Bory Tucholskie, Swornegacie – ogólnie Kociewie i Kaszuby. Byłem w tych stronach ostatni raz w 2014, ale zapamiętałem jedno miejsce: Przystanek Tleń – pensjonat, restauracja, browar to świetne miejsce na obiad gdy jesteś w okolicy. Nie zawiodłem się i tym razem. Ciekawym zaskoczeniem jest uruchomiony na miejscu browar. Robię zapas India Pale Ale, chłopaki też coś dla siebie biorą. Możemy ruszać. Przez Tucholę do Swornychgaci, mała przerwa techniczna, a potem dalej w kierunku Wdzydzkiego Parku Krajobrazowego i Ostrzyc.
Kaszubski kabaret…
W Ostrzycach trafiamy na festyn: zakończenie lata. Słuchanie kabaretu po kaszubsku doświadczenie zapadające w pamięci – nic nie rozumiesz, ale po reakcji publiki domyślasz się, że coś ma być zabawne. Wcinamy chleb ze smalcem, do tego ogór kiszony. Tuż przed dalszą drogą, gdzieś pod płotem ubieram dodatkowe warstwy – słońce nieubłaganie zachodzi, a temperatura spada. Czuć jesień.
Dzień kończymy nad Bałtykiem – docieramy po ciemku. Dębki, Jastrzębia Góra i Władysławowo wydają się wymarłe. Jak na dłoni widać koniec sezonu turystycznego. Objazdówka w poszukiwaniu kwatery i znowu większością głosów przegłosowujemy niezdecydowanego wybierając apartament w Jastrzębiej. Mamy dla siebie całe mieszkanie w świetnej cenie – a to dlatego, że właścicielka też jeździ na motocyklu, więc oddaje nam klucze do mieszkania po kosztach. Wieczór tego dnia był długi… poranek następnego jeszcze dłuższy 🙂
Niedziela rano, trzech kumpli zalicza długi spacer po plaży, a potem obiad i kolejny spacer – to dobitny znak, że poprzednia noc była intensywna. Ruszamy dopiero późnym popołudniem.
Przejeżdżam niespełna 10 kilometrów, a Afryka ginie w lusterku. Staję na stacji benzynowej – zdzwaniamy się. Szlag! Złapał gumę. Doturlał powoli maszynę na stację, dopompowuje, szukamy dziury – nie ma! Po 15min nie ma spadku ciśnienia, więc decydujemy: jedziemy dalej. Mija kolejne 80km i znowu to samo. Już wiadomo, że powrót nie będzie z tych łatwych. Staramy się znaleźć wulkanizatora, bezskutecznie. Dopompowanie i przejeżdżamy tym razem 30km. Takimi krótkimi seriami trafiamy do Kartuz. Tam przez godzinę obdzwaniamy wulkanizatorów w okolicy – znowu bez sukcesów. Co gorsza nie da się jechac jak wcześniej – powietrze uchodzi bardzo szybko i jest ryzyko uszkodzenia opony.
Lipa Panie! Dochodzi 18, a my w czarnej dupie, kawał drogi od domów!
Pęknięta guma i koniec w wannie…
Sytuacja wydaje się wręcz beznadziejna. Pojawia się jednak nadzieja, bo 40km od nas jest warsztat motocyklowego wulkanizatora. Szybka, spontaniczna decyzja, kupujemy nożną pompkę, dopierdzimy po trochu te ostatnie 40 kilometrów do naszego wybawcy. Docieramy do ST-Motor przed dwudziestą. Mija ponad 40 minut – Afra ma fachowo wymienioną dętkę i ponownie zamontowane przednie koło.
Zakładam wszystkie możliwe ciuchy na siebie, bo wiem co mnie czeka. Nie ma wyjścia, jest późno – zmuszeni jesteśmy wracać autostradą. Nie dość, że żaden z nas nie lubi jeździć autostradami, to coraz mocniej we znaki daje się spadająca temperatura.
I tu wyszło moje nieprzygotowanie i przekonanie, że wrócimy jeszcze za dnia – mimo membran, softshelli, windstoperów i innych magicznych ciuszków wychładzam się w szybkim tempie. Nalewając paliwo do baku trzęsę jak galareta. Nie ma lekko. Częstsze postoje, herbaty i pajacyki na parkingach dają chwilową ulgę w chłodzie. Do domu docieram przed 1 w nocy i od razu wskakuje do wanny z gorącą wodą! O dziwo nie mam nawet kataru. Mam za to twardy dowód, że meshowe ciuchy nie sprawdzają się w październiku – trzeba uzupełnić moto garderobę o jakiś zestaw na chłodniejsze dni.
I tak mimo nagłych zmian planów, nieoczekiwanych przeciwności losu i późnych powrotów było świetnie. Ależ to była przygoda!
Galeria:

