Ponad dwa tygodnie, a dokładnie siedemnaście dni trwała moja walka z mitami o podróżach na Nordkapp – były wśród nich mity o fatalnej północnej pogodzie, albo o nużącej i nieciekawej Finlandii.
Cały ten czas napawałem się niepowtarzalną północną przyrodą. Dziś bez cienia wątpliwości przyznaję, że ten wyjazd zrobił ze mnie innego, bardziej szczęśliwego człowieka.
Norweska podróż zaczyna się dla mnie dużo wcześniej niż sam wyjazd – kilka miesięcy zajęły mi przygotowania. To jednak te kilka ostatnich dni przed startem daje mi w kość. Tyle logistyczno-organizacyjnych spraw co tym razem nie miałem nigdy wcześniej. Na dodatek trudności samoczynnie mnożą się gdy już jestem niemalże pewny, że sytuację mam nareszcie pod kontrolą.
Ostatecznie pakuję graty w stresie i nerwach, zastanawiając się czego zapomnę przez ten pośpiech. Koło 10-tej wyjeżdżam z domu i jednocześnie cały ten bałagan przestaje mącić moją głowę. Zdenerwowanie opada, bo od teraz jestem w stanie podróży i cokolwiek się przydarzy, dam radę… zrobię to najlepiej jak potrafię!
Znaczną część trasy w kierunku promu towarzyszy mi Piotrek – wieloletni, serdeczny kolega, który na mój wyjazd organizuje sobie w firmie wolne – chce mnie odprowadzić w kierunku portu. Doceniam ten gest i całą drogę na północ przemierzamy tak jak to zawsze z Piotrkiem robimy: bocznymi drogami. Rozdzielamy się dopiero w Malborku. Stamtąd Piotrek rusza z powrotem, a ja do Gdyni, gdzie po załadunku motocykla na prom czeka mnie nocny rejs do Karlskrony.
Sen w komfortowej kajucie sprawia, że rano zjeżdżam na skandynawską ziemię pełny pozytywnej energii. Szwecję przejeżdżam w zasadzie bez przestanków – czas na zwiedzanie tego państwa będzie kiedy indziej. Dzień kończę z licznikiem dziennym w okolicach 900km. Zmęczenie po kilkunastu godzinach w siodle daje mocno w kość. Na kemping Fennefoss wjeżdżam sporo po 22. Recepcja już nieczynna, ale to nie jest przeszkodą, bo uprzedziłem telefonicznie obsługę, że dojadę późno. Recepcjonistka bez żadnego wahania proponuje, że domek będzie czekał przygotowany, a klucz będzie w zamku. Wygląda na to, że już pierwszego dnia poznaję norweską otwartość.
Pali zadek oj pali…
Wysypiam się, ale wstać i ruszyć jest niesamowicie ciężko, gdy zadek pali ogniem wczorajszej podróży. Dopiero koło dziesiątej udaje mi się wystartować. Już po kilkunastu kilometrach mijam pierwsze fiordy. Zaczyna się również wyraźnie zmieniać krajobraz, bo coraz częściej pojawiają się rwące rzeki i górskie krajobrazy. To przyrodnicze zestawienie raczy moje oczy surowym, ale zachwycającym pięknem – Norwegia jest wręcz oszałamiająca, a niesamowita, letnia pogoda, która dopełnia całości pozwala podziwiać ją w pełnej krasie..
Lysebotn to pierwszy cel na dziś.
Dlaczego? A dlatego, że nieraz widziałem zdjęcia krętej trasy, wciśniętej w górskie zbocze schodzące wprost do fiordu. Droga sama w sobie, mnie jednak nie powala. Ciekawostką jest natomiast to, że biegnie ona przez chwilę w tunelu, który zakręca o 180 stopni (szacunek dla ekipy budowlanej). Znacznie więcej emocji i zachwytów wywołuje u mnie sam dojazd do fiordu Lyse drogą FV986. Niesamowite, otwarte zakręty ciągną się bez końca, dokładnie tak jak lubię.
Prom, którym zamierzam przepłynąć fiord w kierunku drogi numer 13 ucieka mi zanim docieram do przystani. Wracam więc częściowo tą samą drogą, do kempingu w Oddzie. Po kąpieli, robię codzienny, podróżniczy rytuał: kontaktuję się z bliskimi, ładuję gadżety elektroniczne, przeglądam i archiwizuję zdjęcia. Gdzieś w trakcie tych czynności usypiam zmęczony.
Drugi dzień w Norwegii dobitnie pokazuje, że zapowiada się wyjazd inny niż poprzednie. Nie tylko dlatego, że dystans wyprawy będzie znacznie większy. Także dzienne przebiegi też będą większe – w dodatku po górach. Dupogodziny na motocyklu wydłużą się więc, przy prawie niezmienionym czasie trwania wypadu.
Mówiąc krótko: lekko nie będzie – ta myśl towarzyszy mi od samego rana i to z nią opuszczam kemping. Jadę malowniczą drogą numer 13 w kierunku Flam.
Po godzinie w siodle decyduję, że pora na śniadanie. Wcale nie jest trudno znaleźć w Norwegii piękne i zlokalizowane na uboczu miejsca na posiłki, ale tym razem idę na łatwiznę. Zatrzymuję się przy drodze. – nawet tak leniwie wybrane miejsce daje mi dużą dawkę endorfin za sprawą wspaniałych widoków na fiord Hardanger. Po skończonym posiłku kieruję się prosto na punkt widokowy Stegastein. Jest to platforma widokowa zbudowana nad fiordem. Szklany front pomostu daje możliwość podziwiania panoramy fiordu Aurland przy jednoczesnym wrażeniu braku bariery między obserwatorem, a oglądaną przestrzenią. Na dodatek droga prowadząca do tego punktu to jak deser zaserwowany przed babcinym obiadkiem – mało miejsca, kręte wstążki asfaltu, brak barierek ochronnych… jest moc!
Dalej jadę w kierunku Laerdal omijając główną trasę E16. Warto to zrobić, bo nie jedziesz wtedy mało atrakcyjnym i prostym tunelem. Gdy wybierzesz wariant omijający tunel norweska przyroda odwdzięczy Ci się widokami odbierającymi mowę. Asfaltowe łuki łagodnie wkomponowane między górskie szczyty ciągną się po linię horyzontu. Od czasu do czasu widać zlodowaciałe jeziorka, albo rwące górskie strumienie. Dużo podobieństwa widzę tu do czarnogórskiego Durmitoru, tyle że na dużo większą skalę!
Płatny wzrokowy orgazm…
Mijam Laerdal wjeżdżając na trasę numer 53. Odpowiedź na moje zdziwienie, że jest płatna (80 NOK) dostaję po pierwszych kilometrach. To kolejny drogowo-przyrodniczy monument ku czci skandynawskiej przyrody. Dostrzegam niej sporo podobieństw do Transfogaraskiej: ostre skały dookoła, a między nie wylana asfaltowa wstęga prowadząca aż do drogi o numerze 55. Dalej otuliną przepięknego parku Jotunheimen dojeżdżam do trasy E15.
Nocleg znajduję na kempingu Furuly, a na następny dzień planuję zobaczyć fiord Geiranger i słynną Drogę Trolli. Dlatego rano, startuję bez śniadania. To już po trochu tradycja, bo zwykle ruszam z pustym żołądkiem, żeby po niecałych dwóch godzinach zatrzymać się na odpoczynek i śniadanie. Rozglądam się po mapie i znajduję schowany na uboczu, z jedną tylko drogą dojazdową, niewielki fiord. Dookoła tak popularne turystycznie miejsca jak Stryn i Oppstryn, dlatego jadąc za intuicją wybieram ten nieznany, niewielki fiord.
Trafiam zatem nad Lovatnet – bez cienia wątpliwości uznaję go za najpiękniejszy widziany fiord mojego wyjazdu. A to dlatego. że z każdej góry, każdego zbocza leci wodospad! Woda leje się do błękitnego zbiornika na dole dosłownie z każdej stromizny.
Powolnie przygotowuję i jem śniadanie. Poświęcam kilka dłuższych chwil na fotografowanie. A potem po prostu siedzę kilkadziesiąt minut ciesząc się tym, jak piękne krajobrazy potrafi stworzyć natura. Podziwiać takie widoki z perspektywy motocyklowych podróży to pełnia szczęścia!
Szkoda wyjeżdżać znad Lovatnet, ale przede mną kolejny ciekawy punkt – Geiranger. Krętymi górskimi drogami, po których z trudem manewrują autokary zapełnione turystami, dojeżdżam do celu. Cieszę się w myślach, że na jednośladzie mogę ich wszystkich zostawić daleko za sobą. Niech siedzą sobie w metalowych puszkach, drogę oglądając zza szyby. Ja i Hanka jesteśmy częścią tej drogi i sprawnie przedzieramy się serpentynami przed siebie. Mam dużego farta, bo w punkcie widokowym jest mało ludzi. Doceniam to zwłaszcza, że piękna pogoda panująca od kilkunastu dni przyciąga tłumy. A jestem nad fiordem niemalże w pojedynkę!
Geiranger opuszczam jadąc na północ w stronę kolejnego motocyklowego pomnika – Trollstigen, Drabiny Trolli. Zaraz przed rozpoczęciem drogowej wspinaczki na szczyt staję na nieśpieszny obiad i odpoczynek. Po godzinnej pauzie i jedzeniu, ruszam.
Trole we mgle…
Trollstigen to bez przesady jedna z najpiękniejszych motocyklowych tras Europy, a może i całej planety. Pamiętam, że od dawna moim marzeniem było nią przejechać – odkąd tylko zacząłem turystycznie jeździć motocyklem miałem ją na swojej liście. W zasadzie mi się to udaje, tyle że w marnej widoczności, bo gwałtownie spada temperatura, na rękawach kurtki pojawia się biała szadź, a drogę zakrywa gęsta mgła. Serpentyny, liczne wodospady i widok z wierzchołka przełęczy mogę podziwiać jedynie na ekranie telefonu. Szczyt trasy widzę jako pinezkę oznaczoną „tu chcę pojechać” – i tyle. Nic to, bywa i tak – jest za to satysfakcja z bezpiecznego przejazdu mimo tak podłych warunków. Ten przejazd to solidna lekcja motocyklowej pokory w dzienniku moich doświadczeń.
Piątego dnia północnej przygody jadę słynną Drogę Atlantycką. Odcinkami prowadzi ona nad otwartym oceanem, ale w większości to jeden, no może dwa ciekawe fragmenty. Drogę zalicza się do jednych z najniebezpieczniejszych tras świata (ze względu na warunki w czasie sztormów). Słynne mosty Drogi Atlantyckiej uwieczniam na fotografiach w towarzystwie dwóch koszalińskich motocyklistów. Chłopaki też jadą na Przylądek Północny. Kilka chwil rozmawiamy, po czym duet podróżników startuje – czas ich goni. Ja natomiast robię pauzę na obiad, a potem wjeżdżam na odcinek prowadzący prosto na daleką północ. W relacjach z wypraw opisanych w internecie rzadko dowiesz się, że były nudne fragmenty (to temat tabu który często się omija). Dla mnie ten odcinek trasy był nudny jak cholera: kawa, siku, energetyk, siku… puste nabijanie kilometrów.
Równie nudny jest dzień szósty, który zaczynam o szóstej rano, a kończę blisko północy. W ponad siedemnaście godzin na motocyklu pokonuję dystans około 820 km. Dupa boli, a sen bierze momentami tak bardzo, że do kawy aplikuję też energetyka. Jedynym urozmaiceniem tych dwóch dni jest moment, w którym przekraczam koło podbiegunowe.
Tuż za kołem Północ chce zaznaczyć, że od teraz nie ma żartów. Zaczyna wiać tak mocno, że prawie łeb urywa. Droga poprowadzona jest płaskowyżem, w oddali po bokach przewijają się nieliczne pagórki, skały i prawie zerowa roślinność. Podmuchy próbują zepchnąć mnie na pobocze. Tę długą walkę kończę cholernie zmęczony, ale szczęśliwy. Dojechałem na Lofoty! Tutaj spędzę trzy kolejne noce, zregeneruję siły i postaram się poznać region, które polecają wszystkie turystyczne przewodniki po Norwegii. Będzie to miła odskocznia przed końcowym etapem podróży na Nordkapp.
W Lofotach zakochałem się już wtedy gdy zobaczyłem w sieci zdjęcia tego bajecznego, chociaż surowego regionu. Mam teraz przyjemność spędzić tu trzy dni – spełniam tym samym swoje marzenie. Fajnie, ale niełatwo się tu żyje jak sądzę. Górzyste wyspy wypełniające krajobraz Lofotów utrudniają komunikację. Do tego zmienna pogoda świadczy o ogromie pracy którą muszą włożyć mieszkańcy żeby móc tu łatwiej żyć. Silne podmuchy znad morza, bujające na falach kutry rybackie i rybi fetor wyczuwany w portach tworzą unikalny klimat – a dzikość wysp, mimo że to dość zaludniony teren, oczarowuje mnie. Nie mogę się napatrzeć, nie mogę nie fotografować, nie mogę nie zatrzymywać się co chwila w poszukiwaniu kolejnych fantastycznych widoków. Tak mija cały dzień, a za sprawą dnia polarnego był to długi i piękny dzień.
Ostatnia prosta…
Żegnam Lofoty po krótkim pobycie (za krótkim jak dziś sądzę). Zaczynam tym samym dzień dojazdu do Alty – jeden z kilku trudnych dni tego wyjazdu. Od samego rana pada równy, dość solidny deszcz. Najpierw leje, po jakimś czasie schnę. Potem znowu leje, żeby po pewnym odcinku pozwolić mi na nowo wyschnąć. W takim trybie mija mi siedemset kilometrów. Mam wodę w butach – goretex skończył się jak na zawołanie, najpierw w prawym, a następnie w lewym bucie. Stopy wsadzam w reklamówki wypchane gazetami i dzięki temu patentowi dojeżdżam na koniec dnia bez większych niedogodności na kemping w Alta. Jest to ostatni wieczór przed atakiem na Przylądek Północny – spędzam go na suszeniu butów i niedowierzaniu prognozom pogody. Wszelkie zainstalowane na telefonie aplikacje pogodowe zapowiadają na jutro słońce i 16 stopni – chcę tam wtedy być!
Dzień później jadę niespełna 220km na kemping w Honningsvåg, skąd mam jedynie 30km do celu mojej wyprawy. Jem wyśmienite liofilizowane danie, odpoczywam, nastrajam się na te ostatnie kilometry. Dociera do mnie myśl, że to już. Trzydzieści kilometrów dzieli mnie od Przylądka Północy.
Wsiadam. Niektórzy uważają, że te ostatnie kilometry od Honningsvåg są nudne. Wręcz przeciwnie, one są inne. Renifery biegające po drodze, silne boczne porywy wiatru, czy nagłe spadki temperatury robią z tych ostatnich kilometrów ciekawe podróżnicze doświadczenie – czujesz, że docierasz gdzieś na odludzie. W zasadzie to prawda, bo jestem na krańcu Europy, tyle że na końcu drogi jest szlaban… i budka. W budce kasjer. Kasuje za bilet wjazdowy, ale przy okazji daje cenne rady, które wcielę w życie w niedługim czasie.
Za szlabanem i budką jest ogromny parking. Jest dziewiętnasta, a autokary podjeżdżają co chwila, a z nich wysypuje się morze ludzi. Radość z przybycia pod północny globus zaburzają tłumy. Ani to fajne, ani przyjemne przedzierać się przez rzekę podchmielonych lub nadpobudliwych turystów. Nawet zdjęć sensownych nie robię – odchodzi mi po prostu ochota. Po krótkiej wizycie i zastanowieniu postanawiam sprawdzić jak w praktyce wygląda to co powiedział kasjer. Przekazał on, że między pierwszą w nocy, a szóstą rano jest przerwa, w trakcie której nie ma nikogo z obsługi i jest zero turystów. To jedyna szansa, że by w ciągu całego dnia polarnego poczuć się kameralnie.
Dlatego o 2.45 staję ponownie pod metalowym globusem na Nordkapp – zupełnie sam. Delektuję się białą nocą, robię trochę zdjęć, doceniam ten moment. Tuż przed czwartą rano wjeżdżają podobni do mnie maruderzy. Miałem swoją godzinkę w samotności, dlatego ustępuję im miejsca, niech posiedzą sobie tutaj w spokoju.
Wracam na kemping odpocząć. Opuszczam go dopiero po 10tej. Pogoda znowu z tych podłych, mżawka i kilka stopni na plusie zniechęcają do jazdy, ale co zrobić. Na dodatek boczny wiatr – jak zwykle ostatnio nie ma łatwo. Stalowe chmury na niebie towarzyszą mi do ostatnich norweskich krajobrazów. Na szczęście gdzieś po drodze przestaje padać. Po kilku godzinach jestem na granicy w Karigasniemi. Tuż za przejściem, po fińskiej stronie jest mało widoczny sklep z mięsem reniferów – warto skorzystać, pychota!
Przestrzenie w Finlandii różnią się od tych w Norwegii. Kilku doświadczonych na północy motocyklistów sugerowało żebym najpierw jechał przez Finlandię, a potem Norwegię. Krajobraz Finlandii po tym norweskim nie powala – tak twierdzą. Nie zgodzę się z tym w zupełności. Finlandia to piękne, proste drogi biegnące przez gęste lasy. Prowadzą kilometrami, a dookoła jest masa pięknych, czystych jezior i rzek. Jedyne co może się tu nie podobać to chmary komarów i meszek – oj tak, te cholerstwa dały mi w kość wieczorami na każdym postoju.
Stwierdzam, że zanocuję na kempingu pod Ivalo – w pobliżu jeziora Inari, na którym znajduje się wyspa Ukko (święta dla Lapończyków). Jezioro przytłacza swoim rozmiarem, bo sama jego linia brzegowa to 3300km (co ciekawe: nie jest to największe fińskie jezioro).
Ty patrz, ale akcja!
Gdy wracam spod prysznica i ogarniam graty w domku dobiega do mnie dźwięk podjeżdżających gdzieś niedaleko motocykli. Silniki zgasły, a w powietrzu rozchodzi się po polsku: – Ty patrz! Ale jaja! No nie mogę! Kurwa, ale akcja!
Poznałem ich po głosie i wyłażę z uśmiechem na gębie. Widzę Staszka i Bartka, dwóch dolnośląskich motocyklowych podróżników spotkanych pierwszego dnia na Lofotach. Tysiące kilometrów, które zrobiliśmy oddzielnie do tej pory zaprowadziły nas na ten sam kemping i to do sąsiednich domków. Chłopaki bez długiego zastanowienia uznają, że to nie może być przypadek. Na to konto otwierają butelkę wody ognistej, którą przywieźli z domu. Jasny podbiegunowy wieczór upływa nam przy ciekawych dyskusjach. Następnego dnia przed południem startujemy do Rovaniemi – cel: wioska Świętego Mikołaja. Jest tylko jeden szkopuł – ma padać przez większość dnia. Prognozy są niestety trafne, dlatego niedługo po starcie decydujemy się ubrać ciuchy przeciwdeszczowe. Dojeżdżamy do Mikołaja ciut po osiemnastej. Dziadka już nie ma: po sezonie można go odwiedzać od 9 do 17. Jest co prawda jeszcze kilka otwartych sklepów z pamiątkami , ale mamy nieodparte wrażenie, że nic tu po nas. Zagęszczamy więc ruchy wyjazdowe. Chłopaki wyjadą poza Rovaniemi poszukać miejsca na nocleg, a ja udaję się kierunku wcześniej zarezerwowanego miejsca.
Zanim ruszę na południe następnego dnia chcę zrobić jeszcze pamiątkowe powrotne zdjęcie na kole podbiegunowym. Czas powoli zaczyna gonić, bo w piątek mam wykupiony rejs z Helsinek do Tallina.
Ten powrót nie jest wcale nudny. Dużo większe renifery, mają przewagę rozmiarem i liczebnością. Pewnie dlatego śmielej niż ich kuzyni z północy spacerują szosą. Cholerną frajdę z jazdy dają mi natomiast mijane jeziora i ogromne połacie lasów. Zmęczenie po całym wyjeździe jednak daje już o sobie znać – chyba czuję podświadomie, że podróż się kończy i jestem bliżej domu. Na zmęczenie nakłada się dodatkowo parszywa pogoda. Rozjeżdżają się prognozy, przejaśnienia ustępują miejsca ulewnym deszczom. Nie mam wyjścia przyzwyczajam się, że od kilku dni, gdzieś w połowie trasy wpadam w ciemną chmurę i walczę z wodą, a potem wieczorami suszę ciuchy.
Nie przeszkadza mi to jednak żeby podjechać do Świata Muminków – kupuję tam magnes Włóczykija (samego miasteczka nie oglądam, jestem przemoczony, zmęczony i generalnie mam dość, chcę dojechać do Helsinek). W stolicy Finlandii jestem wieczorem. Prom mam jutro, mam więc szansę wysuszyć się w hostelu i odpocząć przed dalszą podróżą. Została „już tylko” droga przez Estonię, Łotwę i Litwę, a będę w Polsce.
Ostatni etap to droga przez mękę. Ponownie walczę z porywistym bocznym wiatrem, ze zmęczeniem i prostactwem jakie na tutejszych drogach prezentują lokalni kierowcy. To dla mnie lekki szok po ponad dwóch tygodniach poruszania się po Skandynawii.
Na ostatni nocleg wyjazdu wybieram mój ulubiony augustowski Ogródek pod Jabłoniami. Ostatni już dzień wyjazdu, to trochę ponad 200km przejechanych na luzie. Towarzyszy mi przyjemna, słoneczna pogoda i trasa, którą doskonale znam. Przed 16tą melduję się w salonie. Muszę ochłonąć, zobaczyć się z bliskimi, a potem pewnie zakiełkuje mi w głowie myśl: „gdzie kolejnym razem”!
Podsumowanie kosztów wyjazdu:
- Transport (paliwo + opłaty drogowe): 3380 zł
- Noclegi: 2795 zł
- Promy: 890 zł
- Gotówka: 450 zł
- Spożywcze: 500 zł
- Inne (bilety wstępu, pamiątki): 425 zł
Razem: 8390 zł

Sporo z wydanej kwoty można zaoszczędzić na noclegach. Ja wybierałem kempingowe hytty, czyli małe domki bez węzłów sanitarnych. Jeśli zdecydujesz się spać na dziko to dużo oszczędzisz. Średnia cena noclegu w takim domku wyniosła mnie 186zł.
Zakupy spożywcze to głównie woda, trochę słodycze na podniesienie motywacji i dodania energii, coś na śniadanie itp. To ile wydałem na te produkty trochę mnie zaskoczyło – zakładałem, że wydam mniej. Zwłaszcza, że wiozłem ze sobą jedzenie (liofilizaty – dwa posiłki dziennie, czyli jakieś 1200-1400kcal + to co na śniadanie i przekąski).
Znaczącą większość płatnych dróg przejedziesz za darmo jeśli jedziesz motocyklem. Wyjątki, które spotkałem to trasa do Turtagro (płatna około 40zl), tunel do Kristiansund (płatny 60zł). Kursy promem wahały się od 20zł do 100zł za motocykl – zależne jest to od długości trasy (nie wliczam tutaj rejsu z Gdyni do Szwecji).
Dobrą wiadomością dla kawoszy jest to, że na stacjach CircleK, Shell i kilku innych możesz kupić kubek termiczny i specjalną naklejkę. Na CircleK mały kubek jest za 300 NOK (ok.140zł). Po naklejeniu oznaczenia masz możliwość „tankowania” kawy na każdej stacji danego koncernu. Zakup szybko się zwraca jeśli lubisz wypić 2-3 kawy dziennie. Dla mnie to była mega wygodna sprawa.
Co zrobiłbym inaczej?
Na pewno zakładałbym mniejsze dzienne przebiegi. Sam wyjazd też zaplanowałbym na kilka dni dłużej. Wiadomo, że 300-400km dziennie to nie jest duży kłopot, choć bywa to męczące. Zrobić za to 700km i więcej wymaga w tamtejszych warunkach sporo czasu i dużego wysiłku – tutaj zwyczajnie przeliczyłem swoje możliwości i jechałem na zbyt dużym ciśnieniu czasowym.
Z pewnością błędy, które zrobiłem w planowaniu poskutkowały kilkoma ciężkimi dniami i choć jestem do tego przyzwyczajony, to w połączeniu z marną pogodą te momenty nie należały do łatwych.
Podsumowując, uznaję cały wyjazd za szalenie udany. Dziś kilka rzeczy zrealizowałbym inaczej, ale dzięki temu, że było tak nie a nie inaczej zebrałem cenne motocyklowe doświadczenie. To zawsze procentuje podczas kolejnych wyjazdów.
Galeria:







Czesc Pawel.
Bardzo fajnie opisana przygoda,fajne fotki. Wlasnie dopinam planowanie poodobnej trasy i zbieram informacje o trasie.Czy masz moze swoja trase opisana dokladniej punkt po punkcie> miejsca gdzie spales i nazwy miejsc w ktorych byles.Zdjecie mapy nie mowi wszystkiego.
Pozdrawiam i szerokiej drogi zycze.
LwG Maciek
Cześć! Cieszę się, że podoba Ci się moja relacja.
Mam dość chaotycznie zebrane informacje, ale myślę, że uda się zebrać sporą ilość z tego co potrzebujesz.
Wyślę Ci na maila w ciągu kilku najbliższych dni.
Kapelusze z głów! Panowie…
Jestem pod wrażeniem. Zarówno samej podróży, jak i opisania całej wycieczki.
Chciałbym swoją pierwszą północną trasę, przejechać Twoimi śladami.
Zaimponowałeś mi!
Zaczynam czytaj Twój opis po raz trzeci…..
Dzięki Wojtku! Jakbyś miał jakieś pytania o trasę lub inne szczegóły wyjazdu to dawaj znać…