Mówią, że nic dwa razy się nie zdarza… Mówią też, że dwa razy do tej samej rzeki nie wejdziesz… Ale dwa razy tą samą trasę motocyklem rok po roku nie trudno zrobić… i na dodatek można mieć z tego frajdę!

Frajdę tym większą, bo przez prawie trzy tygodnie po powrocie z Norwegii nie miałem motocykla.
Byłem nabuzowany na jazdę jak nigdy dotąd, pękałem w szwach na myśl o kilometrach w drodze. 
Syndrom odstawienny?
Może…

Właśnie wtedy jak na umówiony sygnał dzwoni Piotrek: „umówiłem się na coroczny przegląd swojego GS’a. Jak zawsze w Bielsku-Białej. Planuj weekend w górach”.
Nie będę wdawał się w szczegóły – wspomnę jedynie, że Piotrek korzysta z tego, że przeglądy robi 400km od domu i planuje tak żeby móc przez weekend pojeździć po górach – zaprasza wtedy również mnie, co sprawia mi nieskrywaną radość!

Mexicana w Green Pubie…

W czwartek podjeżdżam odebrać od mechanika Hankę idealnie przejrzaną po norweskich przygodach. Jestem gotowy do drogi – spakowany i w pełnym stroju. Do Szczyrku docieram wieczorem, po pracy. Towarzyszą mi dwa fronty burzowe przewalające się nad Polską. Jakimś magicznym sposobem jadę w korytarzu bezdeszczowej pogody – straszy co i raz, ale dopiero na Śląsku decyduję się założyć przeciwdeszczówkę. W sumie niepotrzebnie, bo do samego Szczyrku w zasadzie nie pada… a jak pada, to na tyle, że nie przemoknę. 
Łapiemy się z Piotrkiem w Green Pub. Miejsce to doskonale, po tak długiej trasie, zaspokaja moją potrzebę jedzenia: meksykańskim żarciem i picia: polskim piwem ?

W piątek od rana objeżdżamy Beskid Śląski. Pogoda jest słaba: mglisto, wilgotno, wręcz miejscami deszczowo, ale mimo to zaliczamy Przełęcz Salmopolską i Kubolankę. Widać co prawda niewiele, zdjęć też nie próbuję robić w tych warunkach, ale przyjemności z jazdy nie odbierze nawet parszywa pogoda! 


Odbieramy GS’a Piotrka pod koniec dnia i ruszamy tym samym na właściwą część weekendu. Cieszymy się z dobrej pogody. Przekraczamy granicę, szybko zmierzając ku Tatrom po słowackiej stronie. Decydujemy się na nocleg gdzieś w okolicy zalewu Namiestów. Znajdujemy pensjonat, ale okazuje się, że pokój będzie gotowy za kilka dłuższych chwil… natomiast piwo w restauracji polewają od ręki… FAN-TA-STY-CZNIE! Rozwalamy się na tarasie w pełnym motocyklowym rynsztunku i do zamknięcia kranów siedzimy gadając i popijając złocisty trunek.

Przez Tatry, Pieniny hen w Bieszczady…

Od sobotniego rana kontynuujemy przejazd słowacką stroną mijając Tatry. Jedziemy w kierunku Pienin… gdzieś po drodze postanawiam zrobić plener foto i przy ustawianiu Hanki zaliczam spektakularną glebę na polnej drodze ? Wstyd i adrenalina pomagają skutecznie dźwignąć motocykl i ostatecznie ustawić go do zdjęcia.
Z Pienin ciśniemy dalej na wschód. Przekraczamy granicę słowacko-polską w Radoszycach, a potem przez Cisną, Wetlinę dojeżdżamy do Ustrzyk Górnych. Wieczór spędzamy w Bieszczadzkiej Legendzie.

Wzorem poprzedniego roku nie śpieszymy się w drodze powrotnej. W niedzielę po śniadaniu ruszamy w kierunku Arłamowa i Przemyśla. Wybieramy boczne drogi, są to głównie przygraniczne szosy wschodniej ściany, aż ostatecznie gdzieś na wysokości Hrubieszowa wjeżdżamy na Nadbużankę. Lubię bardzo tą trasę, choć jej nawierzchnia daje w kość na typowo szosowym turystyku jakim jest moja Honda. Nigdzie indziej na nizinach nie umiem poczuć tej przestrzeni jaką daje Dolina Bugu, wiec mimo dużej ilości dziur i wybojów jedzie mi się wspaniale.

Obiad jemy późnym popołudniem w Stadninie Koni Arabskich w Janowie Podlaskim. Potem żwawo przez Sokołów Podlaski, Węgrów i Łochów docieramy do domów.

Miniony weekend był jednym z bardziej dynamicznych motocyklowych wypadów jakie zrobiłem w sezonie 2018. Niespełna 1900km w 3 dni, czyli jazda, jazda, jazda, to dokładnie to czego oczekiwałem jadąc na ten wyjazd. 

Galeria:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *