Końcówka września i pierwsze dni października to w moim motocyklowym kalendarzu czas na kontynuowaną od kilku lat tradycję.
Tradycję polegającą na zwołaniu na zamykający sezon wypad dwóch wytrawnych w nabijaniu kilometrów wariatów. Wyjazdu, który różni się od moich standardowych wypadów.
To czas, gdy mało fotografuję, a po prostu tłukę kilometry gdzieś w losowo wybranym regionie Polski.
W zeszły weekend postanawiam, że w ramach tegorocznej tradycji zrobię małe rozeznanie. Ostatni dalszy weekendowy wyjazd 2018 spędzę w Lubuskiem, po to żeby w przyszłym sezonie (jeśli mi się rzecz jasna spodoba) eksplorować ten region dokładniej. Pamiętam te tereny jako jedne z najmocniej zalesionych w kraju… jednak lasy to przecież nie wszystko. Sprawdźmy zatem co lubuskie ma do zaoferowania na krótki wypad…
Pechowo rozpoczął się ten weekend, oj pechowo. Od poprzedniego wyjazdu na Mazury Hanka stała bezczynnie, tylko okazyjnie przepalana. Podczas tamtego powrotu ujawniła się usterka polegająca na braku świateł mijania i drogowych. Przyczyną okazał się zabrudzony styk w prawej manetce, a konkretnie styk w przycisku startera. Rzecz w naprawie nietrudna, ale żeby mieć pewność trafnej diagnozy odpalam zapłon w tygodniu kilka razy i przepalam Hankę raz, czy dwa.
Złe dobrego początki…
W piątek pakuję szpej, podchodzę do maszyny, uruchamiam zapłon, wciskam starter… cisza. Coś tam postuka, a po chwili ciemności okrywają zegary. Mogłem podłączyć akumulator pod prostownik, często bawiłem się światłami w ostatnich dniach ze względu na wspomnianą usterkę – moja mea culpa.
Na szczęście ratuje mnie awaryjne odpalenie motocykla od innego akumulatora, jednak zanim zdobywam kable mija dobra godzina.
Po początkowych kłopotach i opóźnieniu dojeżdżam do Czerwińska nad Wisłą na spotkanie z chłopakami. Krótka rozmowa i decydujemy, że jedziemy w kierunku Kujaw aż dopadnie nas głód i chłód – wtedy poszukamy kwatery. Jest koło 21. Docieramy do Włocławka.
W znalezionym hostelu wypytujemy recepcjonistę gdzie możemy o tej porze jeszcze coś zjeść i wypić piwo:
– Pójdźcie w prawo do Wzorcowni. W lewo w kierunku Wisły nie radzę iść, bo można tylko w mordę dostać.
Ciężko dyskutować gdy masz taką zachętę do zwiedzania miasta. Wzorcownia (galeria handlowa), była już nieczynna. Idziemy, więc tam gdzie podobno za darmoszkę przerabiają facjaty. Wbrew miłym ostrzeżeniom hostelowego gospodarza nikt nie oberwał, jemy za to pyszne grillowane mięsiwa w Tawernie niedaleko centrum. Po jedzeniu przyszła ochota na wizytę w najlepszych włocławskich klubach. Włocławek nas nie pochłania tego wieczoru – pamiętamy, że następnego dnia mamy plan ruszyć w dalszą drogę.
Pierwsza część soboty upływa nam pod znakiem jazdy w kierunku Gniezna. Gdzieś po drodze zbaczamy, jak zawsze mocno lokalnymi drogami do Zielonej Góry. Wyznaczamy sobie ambitny cel: przez Zieloną Górę, jak najbliżej granicy i Odry dojedziemy do Szczecina. Mało brakowało żeby się udało. Mijamy Kostrzyń i musimy odpuścić, robi się późno, chce nam się piwa i potrzebujemy znaleźć kwaterę. Docieramy więc mało turystycznie, bo główną trasą, do samego centrum Szczecina, gdzie w wynajętym apartamencie ogarniamy się po trudnym dniu.
Odrzańska noc…
Szczecin to cholernie fajne miasto. Zdecydowanie mam tu sporo do nadrobienia pod kątem turystyki. Blisko starówki, w Public Cafe nad Odrą, siadamy na smaczną pizzę, a potem tuż obok wchodzimy na drinka do
17 Schodów Cocktail Bar. Whisky sour działa jak leczniczy syropek po długim dniu w siodle. Zrobiliśmy 725 kilometrów, należy nam się regeneracja.
Niedziela pokrywa Szczecin stalowymi chmurami. Pada deszcz. Mimo to, decydujemy nie wracać najkrótszą drogą. Objeżdżamy jezioro Dąbie, a potem kierujemy się na Drawsko i tamtejsze pojezierze.
Kolejną wspólną cechą mijającego sezonu, są powroty w te same miejsca w ciągu jednego roku. Odwiedzam dwukrotnie Podlasie, dwa razy Roztocze, Mazury i w Bieszczady, a teraz drugi raz odwiedzam Pojezierze Drawskie.
Chłopaki zainteresowani moimi dotychczasowymi relacjami chcą jechać do Bornego Sulinowa i Domu Oficera. Wprowadzam ich do środka, widząc na twarzach kolegów szczere zainteresowanie ruinami. Eksplorujemy kilka dłuższych chwil pozostałości budynków i okolice.
Z Domu Oficera dziarskim tempem jedziemy w kierunku Kaszubów – jak zawsze będąc w tym regionie na obiad wybieram Przystanek Tleń – pensjonat, restauracja, browar. Posileni startujemy w dalszą, niełatwą, drogę powrotną. Towarzyszy nam mocny boczny wiatr, do tego padający okresowo deszcz nie ułatwiała powrotu. Dodatkowe warstwy ciuchów pozwalają dojechać do domów w miarę komfortowo.
Udaje się…
Temperatura w okolicach 13 stopni, okresowe opady i stalowy pęcherz sprawiają, że do mieszkania wchodzę o 22, czyli sporo wcześniej niż początkowo zakładałem.
Mało zdjęć zrobiłem z tego wyjazdu – ale to już tradycja, gdy jadę w tym gronie. Liczba wspomnień i dobrych przeżyć jest niezliczona, dlatego rekompensuje niewielką galerię.
Galeria:

